Recenzje książek

Jutra nie będzie – fragment 1

ROZDZIAŁ 1

Tego roku czerwiec był wyjątkowo upalny. Pod koniec miesiąca, kiedy zaczął się już okres urlopowy, plaże były zapełnione turystami, ale jej nie przeszkadzał ten tłok. Idąc wolno w stronę molo, myślała
o swoim życiu, które nie było przecież takie złe. Ile jest kobiet na świecie, które marzą o takim właśnie życiu. Ale ona nie marzyła. Ona cały czas oczekiwała od życia czegoś więcej. Egoistyczne pragnienie własnego szczęścia, wkrótce skończy się mrzonką. Czego oczekiwała? Chyba sama nie potrafiła tego zrozumieć.

Otworzyła torebkę i spojrzała na kupioną kilkanaście minut temu butelkę whisky Jack’a Daniels’a. Dotknęła jej i uśmiechnęła się. To będzie efektowne pożegnanie. Rozstanie się z wszystkimi tak jak chce i nikt jej tego nie zabroni.

Idąc wolnym krokiem w stronę molo, ciekawie spoglądała na bawiące się na plaży dzieci. Chłodna woda Bałtyku delikatnie pieściła jej stopy. W powietrzu unosił się zapach olejku do opalania, glonów
i potu. Widok molo zbliżał się. Oczami wyobraźni widziała siebie siedzącą na wilgotnych deskach, z nogami opuszczonymi w dół,
a przed sobą widok błękitnego morza.

Po raz kolejny otworzyła torebkę i wyjęła z niej fotografię. Spojrzała na zdjęcie i dotknęła palcem twarzy mężczyzny, potem twarzy małego chłopca o jasnych, kręconych włosach. Na końcu pogłaskała kciukiem twarz dziewczynki z cienkimi blond warkoczami.

– Jak one są podobne do ojca – pomyślała i schowała fotografię
z powrotem do torebki.

Nad głową usłyszała krzyk mewy. Popatrzyła w górę i odprowadziła ptaka wzrokiem tak daleko, aż zniknął z jej pola widzenia. Słońce wolno zaczęło zbliżać się do granicy nieba z morzem, przybierając kolor dojrzałego pomidora.

– Jutro znów będzie upalnie – pomyślała. – „Kiedy słońce krwawo wschodzi, w marynarzu bojaźń rodzi, kiedy czerwień o zachodzie, wie marynarz o pogodzie”– przypomniała sobie słowa, które kiedyś usłyszała od starego rybaka.

Plażowicze powolutku zaczęli opuszczać miejsce całodziennego pobytu. Coraz mniej osób uporczywie korzystało z ostatnich promieni słońca. Z czarnej torebki, którą miała przewieszoną przez ramię, zaczęła dobiegać melodyjka telefonu komórkowego. Spojrzała na numer i zignorowała połączenie. Wcisnęła czerwony przycisk wyłączający telefon i schowała aparat do kieszeni spodni.

Nareszcie molo. Dotarcie do niego plażą, zajęło jej ponad trzy godziny, ale warto było podjąć ten wysiłek. Taki długi spacer był jej potrzebny. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy podjęła decyzję i przygotowała się, tak jak wcześniej to zaplanowała. Idąc po deskach molo, obserwowała ludzi siedzących na ławkach. Nieliczni, którzy jeszcze pozostali, delektowali się ostatnimi promieniami letniego słońca.

Szła, wolno stawiając kroki. Czuła się szczęśliwa. Przed oczami przesunęło się jej całe trzydziestokilkuletnie życie. Uśmiechnęła się do swoich wspomnień z dzieciństwa, z lat szalonego okresu studenckiego i swojego małżeństwa z Igorem.

Na końcu pomostu było już prawie pusto. Nieliczni, którzy jeszcze tak jak ona przebywali tutaj, to głównie zakochani chcący spędzić romantyczne chwile przy blasku zachodzącego słońca i szumu fal.

Usiadła na skraju mola i spojrzała na rozciągający się przed nią widok. Biała piana kołysząca się na falach i spokojny szum wody, delikatnie pieściły jej zmysły.

– Tu nie wolno siedzieć! – Usłyszała nad sobą ciepły, męski głos.

Odwróciła się i popatrzyła na stojącego za nią mężczyznę.

– Wiem. Przepraszam, ale ja tylko tak na chwilkę – przesłała mężczyźnie, jeden ze swoich najpiękniejszych uśmiechów. – Tu jest tak cudownie, nie robię przecież nic złego.

– To nie chodzi o to, że pani robi coś złego, ale chodzi o pani bezpieczeństwo! – Mężczyzna odpowiedział, wyraźnie zaniepokojony jej zachowaniem.

– Proszę się nie martwić, posiedzę kilka minut i odejdę – zapewniła nieznajomego pewnym głosem. – Poza tym bardzo dobrze pływam…, gdybym niechcący wpadła do wody.

– No dobrze, ale niech pani na siebie uważa, bo siedzenie na deskach, na takim skraju jest ryzykowne. Ufam pani i żegnam. Życzę miłego wieczoru.

To powiedziawszy mężczyzna ukłonił się jak dżentelmen i odszedł. Patrzyła za nim jak odchodzi wolnym i spokojnym krokiem.

– Jak to miło, że ktoś obcy się o mnie martwi – pomyślała. – Ale nie chcę, aby się o mnie martwili. To moje życie i sama mam zamiar
o nim decydować. Nie mogę pozwolić, aby moi najbliżsi żyli w poczuciu bezradności.

Wyciągnęła z torebki butelkę whisky i upiła duży łyk. Rozejrzała się dookoła i sprawdziła czy ktoś jej nie obserwuje. Zadowolona
z tego, że pozostali na molo spacerowicze są zajęci wyłącznie sobą, upiła kolejny.

– Cudownie patrzeć na tę wolność wody, płynie sobie jak chce
i nie ma żadnych problemów – powiedziała sama do siebie.

Upiła następny łyk i otwierając po raz kolejny torebkę wyjęła małą buteleczkę z tabletkami.

– „Oxazepam” – przeczytała napis na buteleczce. – Pani doktor powiedziała, że mi pomogą – uśmiechnęła się do siebie. – Nie zdawała sobie chyba nawet sprawy z tego, jak bardzo pomogą. Wysypała na rękę wszystkie tabletki, spojrzała na nie i po raz kolejny uśmiechnęła się. Włożyła do ust całą zawartość, jaka znajdowała się na jej dłoni i szybko popiła bursztynowym płynem z butelki.

– Ciekawe, kiedy zacznie działać? – Pomyślała i upiła kolejny łyk.

Siedziała delektując się szumem morza i malowniczym szaro-błękitem nieba. Popatrzyła na zakupioną i opróżnioną już prawie do połowy butelkę i poczuła, że alkohol w towarzystwie leków pomalutku zaczyna działać. W jej głowie myśli uruchomiły taniec, połączenia napoju i tabletek.

Zaczęły się zawroty głowy, ale morze nadal wyglądało zjawiskowo. Nad głową usłyszała krzyk mewy. Zerknęła na ptaka, który chwilę krążył nad nią, a następnie zaczął oddalać się w stronę horyzontu. Na deskach molo, około dwóch metrów od niej usiadła rybitwa
i przyglądała się jej z zaciekawieniem.

– Cześć mała? Chcesz trochę? Podzielę się z tobą, ale ptaszki chyba nie piją whisky? – Powiedziała do ptaka, który patrzył na nią tak jakby chciał jej odpowiedzieć.

Upiła kolejny łyk i krzyknęła:

– Na zdrowie Lauro!

Nieliczni ludzie siedzący na ławkach popatrzyli w jej stronę, ale nikt specjalnie nie zainteresował się samotną kobietą, siedząca na brzegu mola.

ROZDZIAŁ 2

Maurycy, jak każdego wieczoru wypłynął łodzią w morze, aby
w ciszy i spokoju pożeglować spokojnie przy zachodzie słońca. To było jego największą przyjemnością i rozrywką odkąd przeszedł na emeryturę. Choroba jego żony, chwilami doprowadzała go do szaleństwa, ale nie miał w sobie tyle siły, aby oddać ją do zakładu. Kochał ją cały czas tak samo jak sześćdziesiąt lat temu. Ciągle była piękna mimo wieku i mimo choroby, która zawładnęła jej ciałem
i umysłem.

Przepływając wzdłuż plaży, powolutku zaczął zbliżać się w okolice mola. Latarnie romantycznie oświetlały ten kawałek „drewnianego lądu”. O tej porze niewielu już było wczasowiczów, chociaż pogoda sprzyjała spacerom. Podpływając do molo zauważył kobietę siedzącą na krawędzi drewnianego podłoża mola, jednej z wielu atrakcji tej małej, nadbałtyckiej miejscowości. Złapał lornetkę i zaczął obserwować. Kobieta wyglądała na pijaną. Rozmawiała sama ze sobą i co chwilę pociągała łyk z butelki, którą chowała do torebki, starając się ukryć ją przed oczami innych.

– Zwariowana turystka! – Pomyślał ze złością, ale nie potrafił oderwać od niej oczu.

Kobieta, nie zdawała sobie sprawy z tego, że ktoś ją obserwuje. Popijała „ostro” i rozmawiała z rybitwą, która odważnie przystanęła
w jej pobliżu.

Młoda, piękna i najprawdopodobniej z problemem. Przekonana, że alkohol go rozwiąże. Zatrzymał łódź w miejscu, w którym doskonale widział i słyszał nieznajomą. Odłożył lornetkę i zaczął obserwować kobietę z narastającym niepokojem.

Upiła kolejny, chyba ostatni łyk i wrzuciła butelkę do wody, głośno się przy tym śmiejąc.

– Koniec! – Usłyszał dźwięczny, melodyjny głos. – Adios! Żegnaj Lauro. Jutra nie będzie. Pozostaniesz wolna!

Spróbowała wstać, ale zachwiała się. Zakryła twarz dłońmi i zaczęła głośno szlochać

– Wybaczcie mi – powiedziała. – Nie mogę wam tego zrobić, musicie żyć radosne, a nie w bezsilności i rozpaczy. Kocham was. – Wyjęła z torebki kawałek papieru, przytuliła do twarzy i schowała pod bluzką w okolicy serca.

Po tych słowach wstała i chwiejąc się wskoczyła do wody.

 * * *

Powieki były ciężkie jak z ołowiu. Kiedy próbowała otworzyć oczy, wszystko wokół wirowało, a głowa była jak „zaminowana”. Każdy ruch mógł spowodować jej wybuch. Oddychanie sprawiało wielki ból, jak gdyby na klatce piersiowej ktoś położył ogromny kamień. Przełykając ślinę czuła coś w rodzaju, przyczepionych do jej gardła tysięcy rozżarzonych węgli. Leżała starając się nie otwierać oczu. Ciszę, jaka ją otaczała od jakiegoś czasu przerywał wesoły świergot wróbla.

– To niemożliwe – pomyślała. – W piekle nie ma ptaków, a na niebo sobie nie zasłużyłam.

Usłyszała odgłos otwieranych drzwi, za którym „wszedł” przyjemny zapach smażonego boczku i jajek. Poczuła mdłości. Bojąc się otworzyć oczu pomyślała, że to tyko złudzenie. Ktoś postawił coś obok niej, a zapach, jaki docierał do jej zmysłów zaczynał się niebezpiecznie zbliżać. Doświadczyła dziwnego ucisku w żołądku. Z środka brzucha coś gwałtownie chciało wydostać się na zewnątrz. Otworzyła oczy i spojrzała w stronę, z której dochodził zapach. Na stoliku obok łóżka stała taca, a na niej znajdowały się kubek z parującym kakao oraz talerz z jajecznicą i dwoma pachnącymi bułkami.

Popatrzyła w stronę, dochodzącego do niej światła i zobaczyła nad sobą opaloną twarz starszego mężczyzny.

– Obudziłaś się wreszcie – powiedział uśmiechając się do niej. – Przyniosłem ci śniadanie. Mam nadzieję, że dziś jesteś głodna. Smacznego. Wrócę za jakiś czas i zabiorę naczynia.

Mężczyzna pogłaskał ją po dłoni i wyszedł z pomieszczenia

– Jezu, gdzie ja jestem!? Przecież nie mogłam trafić do nieba za to, co zrobiłam, bo zrobiłam coś złego – pomyślała.

Rozejrzała się dookoła. Przez okno wpadały wesołe promienie słońca. Leżała w łóżku, w czystej pachnącej pościeli. Ściany pokoju były w kolorze pistacji, a na drewnianej podłodze leżał beżowo-brązowy dywan. W jednym rogu znajdowała się trzydrzwiowa, stara szafa na ubrania a w drugim, toaletka z dużym lustrem. Na stoliku przy łóżku stał wazon z świeżymi daliami i talerz z pachnącą jajecznicą, kubek z parującym napojem i szklanka soku pomarańczowego, oraz butelka wody mineralnej. Na dużym wiklinowym fotelu, stojącym pod oknem leżały jakieś ubrania. Przyjrzała się im i od razu stwierdziła, że nie należą do niej. Spojrzała na siebie i dopiero teraz zauważyła, że na sobie ma zielony męski podkoszulek, pod którym nie było nic, żadnej bielizny. Zamiast majtek miała założony pampers jak u małego dziecka Odruchowo pociągnęła materiał zakrywając intymne części swojego ciała i ciaśniej owinęła się lekką kołdrą, którą była przykryta.

Usiadła na łóżku i zabrała się do jedzenia. Smakowało, chociaż żołądek próbował stawiać opór i chciał zaraz wszystko oddać z powrotem. W głowie cały czas czuła wielkie kołatanie, ale narastający głód zwyciężył nad bólem głowy.

– Co jest? Co się dzieje? Gdzie ja jestem? Kim jest ten facet? – Próbowała odtworzyć w pamięci ostatnie chwile. – Byłam na molo, piłam whisky, bo chciałam… O nie!  To nie może być prawdą! On nie mógł tego zrobić, ja przecież miałam wszystko zaplanowane do ostatniej sekundy – zakryła dłońmi twarz i rozpłakała się. – To nieprawda, to tylko moja wyobraźnia, ja nie chcę… Jutra nie ma!

Uszczypnęła się w nogę. Zabolało jak diabli. Wstała z łóżka
i chwiejnym krokiem podeszła do lustra. Kobieta, która patrzyła na nią z drugiej strony wyglądała jak zombie. Szara na twarzy, a luźno opadające na ramiona włosy przypominały zmoczone siano. Pod lewym okiem na policzku, widniał duży fioletowy siniak, a ciemne plamy pod oczami tylko dodawały upiorności. Wróciła do łóżka, schowała głowę pod kołdrę i rozpłakała się.

Drzwi pomieszczenia otworzyły się i usłyszała głos mężczyzny, który przyniósł jej tacę z napojami i jedzeniem.

– Zjadłaś. To cudownie! – Mężczyzna odchylił kołdrę i popatrzył na nią z uśmiechem. – Cokolwiek cię dręczy obiecuję, że ci pomogę.

Usiadł na brzegu łóżka i pogłaskał jej mokry policzek.

– Masz problem, a ja mam nadzieję, że pozwolisz sobie pomóc. – Spojrzał w jej zdziwione, zielone oczy. – Może jestem stary, ale nie mogłem patrzeć na to jak skaczesz do wody. Nie mogłem pozwolić ci… domyślam się, co chciałaś zrobić… – mężczyzna ściszył głos do szeptu. – Wiem też, że dobrze zrobiłem ratując cię. Mam nadzieję, że opowiesz mi kiedyś o tym, co ci leży na sercu.

Dotknął jej drżącej dłoni i wyszedł.

– Dlaczego?! Dlaczego?! Dlaczego?! – Krzyczała w myślach.

Położyła się w pozycji embrionalnej i zaczęła głośno szlochać. Płacz zmęczył ją tak bardzo, że zasnęła. Kiedy ponownie obudziła się pokój zalewała ciemność tylko przez okno wdzierał się delikatny blask księżyca. Firanka lekko falowała, co świadczyło o tym, że okno jest uchylone.

Usiadła na łóżku i głęboko wciągnęła świeże, nocne powietrze zmieszane z zapachem lipy i lawendy. Pomyślała o mężu i dzieciach, których zostawiła uciekając na drugi koniec Polski. Za kilka dni wrócą z wakacji i znajdą na stoliku w kuchni list, który napisała, aby uchronić ich przed cierpieniem, przed bezradnością, przed rozpaczą. Dobrze wiedziała, że Igor nie uwierzy w to, co napisała. Będzie jej szukał, ale pisząc ten list łudziła się, że nigdy jej nie odnajdzie. Wszystkie swoje dokumenty schowała w bankowej skrytce, aby nie można było zidentyfikować ciała. Jedyne, co miała przy sobie to nowy telefon komórkowy, ale ten po zetknięciu z wodą nie powinien dawać szansy na identyfikację człowieka. Miała także zdjęcie, które pod wpływem wody, nie powinno być czytelne.

Wstała i podeszła do okna. Otworzyła je na całą szerokość i usiadła na parapecie z myślą opuszczenia pokoju. Poczuła się jednak zbyt słaba i postanowiła poczekać, aż dojdzie do siebie i nabierze sił.      

Wróciła do łóżka i wsunęła się pod kołdrę. Przytuliła twarz do poduszki i zamknęła oczy. Zasnęła.



Napisałam i co dalej? (2)

 Książka napisana i kilkakrotnie przeczytana przez autora. Błędy poprawione po raz kolejny nie tylko przez samego autora ale również przez osoby zaprzyjaźnione, które zgodziły się przeczytać tekst i nanieść korekty.

Graficznie wszystko przygotowane, okładka też (pomógł znajomy, lub sam autor przygotował korzystając ze swojej wyobraźni i wykorzystał do tego jakieś zdjęcie) i co dalej?

Autor ma dwie możliwości.

  • Znajduje w internecie adresy znanych wydawnictw, które wydają książki własnym kosztem (Pruszyński i s-ka, Zysk i s-ka, Wydawnictwo Amber, Wydawnictwo Literackie, Wydawnictwo Muza), robi kilka kopii swojego dzieła, zanosi na pocztę i wysyła (oczywiście listem poleconym, żeby dzieło nie zaginęło gdzieś po drodze).

Inwestuje w papier, w tusz do drukarki, w znaczki i czeka cierpliwie na to, aż któreś z wydawnictw odkryje jego talent.

Czeka miesiąc, drugi, trzeci… aż wreszcie dostaje w swojej poczcie elektronicznej mail od jednego z wydawnictw. Serce mu skacze z radości do momentu zanim nie przeczyta treści listu, który standardowo brzmi tak.

Szanowna Pani/Panie XXXX

 Pragnę Panią/Pana poinformować, iż nasz zespół recenzyjny zapoznał się z przesłaną przez Panią/Pana propozycją wydawniczą. Niestety, nie jesteśmy zainteresowani jej wydaniem, niemniej bardzo dziękujemy za przesłanie jej do naszego Wydawnictwa.

 Gorąco pozdrawiam i życzę dalszej, owocnej pracy twórczej.

 To może być jedyny list, ponieważ wydawnictwa nie mają obowiązku poinformowania autora o odrzuceniu jego tekstu.

  • Znajduje tanią drukarnię i drukuje swoje dzieło sam.

Jedna z moich książek, która została uznana przez wydawnictwa, jako mało interesująca sprzedaje się jak przysłowiowe „ciepłe bułeczki” bez żadnej reklamy, bez billboardów.

Znalazłam w internecie tanią drukarnię i eksperymentalnie, własnym kosztem wydrukowałam 25 szt. Powysyłałam do znajomych maile z informacją, że ukazała się moja kolejna książka i jeżeli ktoś jest zainteresowany zakupem to proszę o kontakt. W ciągu dwóch dni dostałam zamówienia na 25 szt (a nie mam wielu znajomych), a w ciągu dwóch miesięcy poproszono mnie o kolejne egzemplarze, i tak w ciągu około 4 miesięcy rozeszło się prawie 100 moich książek. Bez księgarni, bez reklamy, bez wydawnictwa jedynie wśród znajomych i znajomych tych znajomych itd.

To dużo, czy mało?

Dla mnie to bardzo dużo, ponieważ przez wydawnictwa moja książka została potraktowana, jako mało interesująca. Nie chcieli jej wydawać, bo:

  1. Nie mam znanego nazwiska i nie jestem osobą publiczną (jak np. pani Danusia Wałęsa)
  2. Nie mogę sobie pozwolić na reklamę billboardową (jak np. pani M. Kalicińska)
  3. Nie mam dorobku pisarskiego
  4. Nie mam ani znajomego, ani krewnego w branży pisarsko-wydawniczej (jak np. pani…)

Nie każdy wie, że tak znani pisarze jak Mark Twain, Lewis Carroll, George Bernard Shaw czy Erich von Daniken właśnie sami finansowali swoje pierwsze dzieła, zanim zauważono ich talent. Światowej sławy autorka Joanna Kathleen Rowling , która zdobyła milony czytelników kilkanaście razy musiała przełknąć gorycz odmowy druku swojej pierwszej książki o Harrym Potterze.

Podsumowując dzisiejszy wpis, nie zraziłam się i nie schowała tekstu do szuflady, bo ktoś uznał moje dzieło za nic nie warte.  Uważam, że jest tyle sposobów dotarcia do potencjalnego czytelnika, że warto spróbować wszystkiego. Nie liczę na sławę, ani na wielkie pieniądze, chcę tylko pochwalić się tym co lubię robić, a jeżeli sprawi to komuś radość to jestem usatysfakcjonowana w stu procentach.

A satysfakcja z tego co się robi to już krok do sukcesu.

Jak powstała “Jutra nie będzie”

Okładka3.jpgTak właściwie to nie wiem, dlaczego taki właśnie temat nasunął mi się do głowy.Choroby towarzyszą mi od bardzo dawna.  Tak w skrócie:

Laura jest młodą kobietą, szczęśliwą mężatką i matką dwójki dzieci. Niestety diagnoza lekarska burzy spokój jej wygodnego życia. Aby nie obarczać swoich najbliższych cierpieniem spowodowanym chorobą, postanawia odejść od rodziny. Nie potrafi pogodzić się z myślą o śmierci, która może nastąpić po długich latach cierpienia. Od chwili usłyszenia diagnozy walczy nie tylko z chorobą, ale również ze strachem przed tym, – co będzie dalej. Wyjeżdża do małej nadmorskiej miejscowości gdzie próbuje popełnić samobójstwo. Dzięki staremu rybakowi Maurycemu nie udaje jej się zrealizować swojego planu. Poznaje grupę ludzi, którzy napełniając nadzieją, postanawiają jej pomóc. W prywatnej klinice, prowadzonej przez grono przyjaciół, a zarazem lekarzy różnych specjalności Laura decyduje się zawalczyć o życie.”

Pisałam ją i razem z moją bohaterką przeżywałam (jeszcze raz) to co ona czuła. Napisałam w nawiasie “jeszcze raz”, bo sama prawie 20 lat temu byłam poważnie chora i walczyłam z nowotworem. W trakcie pisania przypominały mi się sytuacje jakie przeżywałam leżąc w szpitalu. Niewiele jednak pamiętam z tamtego okresu oprócz tego, że panicznie się bałam o los moich małych wtedy dzieci. Syn miał 8 lat a córka 2 lata. Nie wyobrażałam sobie sytuacji, że zostaną same ze swoim ojcem, który… No dobrze nie tym miałam pisać.

W trakcie pisania książki dowiedziałam się o chorobie nowotworowej, na którą zachorowała moja przyjaciółka, ale do końca nie wierzyłam, że ona może z tej choroby nie wyjść zwycięsko. Osoba tak pełna życia, optymizmu i wiary w dobro, nie mogłaby przecież przegrać z chorobą.

Jednak przegrała…,

zanim zdążyłam oddać książkę do drukarni.

Pamiątka z Paryża – fragment 3

– Michèl, nalej jej. Co tak stoisz jak słup?! – Starała się mówić neutralnym głosem, ale wyraźnie wyczuwałam w nim zakłopotanie.

Wypiliśmy po dwie filiżanki cytrynówki, czyli wody z kostkami lodu
i cytryną i pożegnaliśmy się z Mamon.

Wyszliśmy z kamienicy i w milczeniu szliśmy przed siebie uliczkami Montmartre. Dzielnica zabudowana była starymi kamienicami, ciągnącymi się wzdłuż krętych, ostro wznoszących się, brukowanych uliczek i wąskich przejść ze schodami. Wydawała się być zbudowana w innym charakterze niż reszta miasta. Michèl trzymał mnie za rękę i co chwilę spoglądał w moją stronę, z wyraźną troską. Nie wiedziałam, o czym myśli, ale widziałam, że martwi się.

– Czy coś się stało? – Zapytałam zaniepokojona tym jego milczeniem.

– Nie. Dlaczego pytasz?

– Widzę, że jesteś dziwnie tajemniczy.

Uśmiechnął się, ale w tym jego uśmiechu nie było nic z radości. Objął mnie ramieniem i głęboko spojrzał mi w oczy. W jego wzroku było coś intrygującego, coś tajemniczego, coś…, czego zaczęłam się bać. Czułam, że czymś się martwi. Mój niepokój, natychmiast odzwierciedlił się w moim ciele drżeniem warg i napływającymi do oczu łzami.

– Hej! Co się dzieje mała?

– Nic.

– Pewnie! W takim razie, dlaczego drżysz?

– Ja? Wydaje ci się.

– Może się boisz?

– Ja? Czego? – Przybrałam irytujący ton.

– Uczucia.

Poczułam jak przez całe moje ciało przechodzi miliony ciarek. W dole brzucha doznałam dziwnego bólu, a serce zaczęło mi walić jak kowalski młot.

– O czym ty mówisz? – Zapytałam, niby spokojnym, zdziwionym tonem.

– O uczuciu. O miłości – odpowiedział, patrząc na mnie tajemniczo. – Jeśli chodzi o mnie, to ja się boję. Czuję, że dzieje się ze mną coś dziwnego. Przyznam szczerze, że dawno takiego uczucia nie doświadczyłem.

– Michèl, przestań!

– Nie mogę. Nie mam zamiaru cię skrzywdzić i chcę, abyś o tym wiedziała. Obawiam się jednak, że mogę zrobić coś głupiego. Coś, czego potem będę żałował. – To powiedziawszy nachylił się i pocałował mnie w usta.

Myślałam, że eksploduję. Moje ciało zaczęło zachowywać się dziwnie. Pragnęłam go z całych sił i jednocześnie bałam się. Zrozumiałam, że powiedzenie „miłość od pierwszego wrażenia”, to szczera prawda. Właśnie doświadczałam tego na sobie i co gorsza, chyba z wzajemnością.

Oderwaliśmy nasze usta od siebie i w milczeniu dalej przemierzaliśmy okolice Montmartre. Zaślepiona tym, co czuję, nie zwracałam uwagi na piękno mijanych uliczek i kamienic.

– Jak już jesteśmy w tej okolicy, to powiem ci legendę tego wzgórza – Michèl starał się rozładować sytuację i jednocześnie zainteresować mnie czymś. – W trzecim wieku naszej ery, na wzgórzu Montmartre, zginął śmiercią męczeńską duchowny Dionizy. Poganie rozdrażnieni prowadzoną przez niego misją chrystianizacji postanowili ściąć mu głowę. Zgodnie
z legendą, święty Dionizy wziął swoją obciętą głowę w ręce i przeszedł
z nią jeszcze kilka kilometrów, przez cały czas modląc się. W miejscu, gdzie wreszcie dopadła go śmierć, zostało zbudowane opactwo, które przez stulecia pełniło miejsce pochówku większości królów Francji.

– Bardzo ciekawe jest to, co opowiadasz. Nie wiedziałam, że mój pobyt
w Paryżu będzie tak owocny w legendy.

– Staram się, abyś zobaczyła Paryż nie tylko z tej złej strony. Złodziei, kloszardów i żebraków.

– Wydaje mi się, że jak na drugi dzień pobytu mam bardzo dobre zdanie
o tym mieście, a zwłaszcza o mieszkających tu ludziach.

– Cieszę się – Michèl popatrzył na mnie tym swoim szelmowskim,
a zarazem męskim wzrokiem. – Mam nadzieję, że to także moja zasługa?

– Szczególnie twoja – odpowiedziałam przytulając się do niego.

ROZDZIAŁ 2

 

Michalina zauważyła łzy w oczach matki i postanowiła zakończyć wspominanie.

– Na dzisiaj koniec mamo. Jestem zmęczona, ale jutro mam wolne, więc możemy kontynuować.

– Masz rację. Co za dużo to nie zdrowo – Katarzyna uśmiechnęła się do córki. – Też czuję się zmęczona. Pomóż mi się położyć – poprosiła, chociaż dobrze wiedziała, że córka zrobi to bez jej sugestii.

Michalina pomogła mamie umyć się i kiedy Katarzyna przebrała się
w nocną koszulę oparła ją na swoim ramieniu i przeniosła z wózka inwalidzkiego do łóżka.

– Zostaw jeszcze na chwilę zapalone światło.

– Jak sobie życzysz mamo – odpowiedziała i wychodząc z pokoju matki wygasiła tylko górną lampę, zostawiając przy łóżku zapaloną starą, nocną lampkę w kształcie Wieży Eiffla.

Wiedziała, że nie zgasi tej lampki aż do świtu, bo nie będzie mogła zasnąć. Zawsze, kiedy wspominała swój pobyt w Paryżu, potem całą noc myślała o nim i o tych kilku upalnych dniach, które spędziła pierwszy raz sama, daleko od domu. Wśród obcych, którzy na ten właśnie czas, stali się dla niej kimś więcej niż rodziną. Znała swoją matkę na wylot i wiedziała, że od teraz kilka dni spędzą w zadumie i ciszy. Z pełną premedytacją prosiła ją o to, aby opowiedziała jej o ojcu, bo zdawała sobie sprawę z tego jak bardzo jest szczęśliwa wracając do tamtych dni.

Michalina już od dłuższego czasu myślała o tym, aby pojechać do Paryża i chociaż spróbować odszukać ojca, ale pozostawienie matki w takim stanie samej w domu, uniemożliwiało jej te plany. Katarzyna starała się być bardzo samodzielną, jednakże często w nocy budziła się z bólem i wtedy ona – córka pomagała jej go ukoić. Zasypiała wtedy w łóżku obok niej, i nuciła cichutko jej ulubione piosenki. Opiekowała się nią, bo pamiętała z dzieciństwa troskę, jaką mama przelewała na nią. Wypadek przekreślił wszystkie plany matki na przyszłość. Zamknął drogę do kariery, którą na pewno zrobiłaby, gdyby nie straciła władzy w nogach.

Od dziecka Katarzyna marzyła o tańcu w balecie. Chciała zostać zawodową tancerką i od najmłodszych lat, gdy tylko słyszała interesującą dla siebie muzykę, tańczyła. Nie zwracała uwagi na to gdzie jest, kiedy muzyka porywała jej nogi do pląsu. Potrafiła tańczyć w deszczu na parkowym trawniku, na plaży, na chodniku, w domu podczas sprzątania czy gotowania. Śmiały się wtedy głośno i były bardzo szczęśliwe.

Teraz taniec jest dla niej tylko wspomnieniem, tak jak te kilka dni spędzonych w Paryżu. Michalina znała te opowieści na pamięć, ale ciągle potrafiła ich słuchać z zainteresowaniem. Zamykała oczy i wyobrażała sobie osiemnastoletnią dziewczynę, biegającą wąskimi uliczkami tajemniczego miasta. Uwielbiała słuchać legend, jakie przekazywała jej wraz ze swoimi wspomnieniami. Żałowała tylko, że Katarzyna nie posiada żadnych fotografii z tamtych wakacji. Wiedziała dokładnie jak wygląda jej ojciec, ponieważ dzięki wspomnieniom mamy, znała każdy szczegół tego mężczyzny. Człowieka, który zostawił jej matce pamiątkę.

Michalina wiedziała również, że matka pisze pamiętnik. Zaczęła go pisać jeszcze długo przed wyjazdem do Paryża. Nigdy nie prosiła jej o to, aby pozwoliła go przeczytać, chociaż bardzo ciekawiło ją, o czym mama pisze.

Zmęczona udała się do łazienki i wzięła długą, gorącą kąpiel. Zanim weszła do swojego pokoju, zajrzała jeszcze do sypialni matki. Lampka przy łóżku nadal się paliła, mimo to Katarzyna spokojnie spała, uśmiechając się przez sen do swoich myśli.

Cichutko zamknęła za sobą drzwi i poszła do siebie. Położyła się na łóżku i długo rozmyślała o tym, jak potoczyłyby się jej losy, gdyby matka pozostała w Paryżu z jej ojcem. Czy mieszkaliby razem pod mostem na brzegu Sekwany, czy mieliby swoje małe, paryskie mieszkanko? Myśli coraz wolniej przepływały przez jej głowę, aż w pewnym momencie całkowicie odcięły ją od rzeczywistości. Zasnęła jak Katarzyna, z uśmiechem na ustach.

 



Pamiątka z Paryża – fragment 2

Po śniadaniu Michèl przyniósł mi papier listowy i kopertę. Powiedział, żebym napisała do rodziców stwierdzając, że na pewno bardzo się o mnie zamartwiają. Usiadłam na ławce i zaczęłam pisać:

 Kochani, Mamo i Tato.

Jestem w Paryżu. Ciocia Aniela nie wyjechała po mnie na dworzec, ale nie martwcie się, jestem bezpieczna. Mieszkam u starszej pani imieniem Antoinette, która zaopiekowała się mną, gdy się okazało, że zostałam okradziona. Niestety w portfelu miałam adres cioci, dlatego nie mogłam do niej pojechać. Nie podaję Wam adresu zwrotnego, bo nie wiem jak długo zostanę tutaj. Kiedy uda mi się załatwić jakiś pokój to znowu napiszę i wtedy podam adres. Nie martwcie się o mnie, jestem bezpieczna i w bardzo dobrym towarzystwie.

Kocham Was. Przesyłam gorące buziaki. Pa, pa.

Katarzyna

 Włożyłam list do koperty i zakleiłam ją. Z jednej strony napisałam adres rodziców, a z drugiej tylko „ Kasia z Paryża”.

Michèl popatrzył na list, który okazał się krótką kartką informacyjną i uśmiechnął się. Odebrał go ode mnie. Powiedział, że wyślemy go idąc do miejsca, w które planuje mnie zabrać.

Towarzystwo z każdą chwilą zmniejszało się, a ludzie gdzieś odchodzili.

Michèl wyjaśnił mi, że wszyscy gdzieś pracują. Jedni całkowicie legalnie, a drudzy na czarno. W „domu” zostawała tylko Antoinette, jej przyjaciel Andre, oraz ich córka, aby pilnować tego, co inni zostawiają. Kloszardzi boją się Antoinette, dlatego żaden z nich nie odważy się podejść zbyt blisko obozowiska. Nie jeden z nich miał bardzo nieprzyjemne spotkanie
z dużą i silną Murzynką.

Czasami Andre i jego córka siadali niedaleko na brzegu Sekwany. Ona śpiewała, a on rzeźbił w drewnie malutkie figurki paryskich budowli. Trzeba było przyznać, że ręce miał bardzo zręczne. Jeden z bukinistów przychodził do niego dwa razy w tygodniu i kupował te małe cudeńka, sprzedając potem turystom za pięciokrotną cenę.

Szliśmy uliczkami Paryża trzymając się za ręce. Michèl twierdził, że musimy tak iść, abym się nie zgubiła. Ciekawa wszystkiego, co mijaliśmy po drodze, często zatrzymywałam się. On pociągał mnie wtedy jak psiaka na smyczy, żebym zbyt długo nie stała w jednym miejscu. Co jakiś czas jednak sam przystawał i z kimś rozmawiał, ale nigdy nikomu mnie nie przedstawił. Doszliśmy wreszcie do placu, na którym stała lunaparkowa karuzela, a za nią znajdowało się kilka wejść po schodach do pięknego, białego kościoła.

– To Sacré-Cœur, najpiękniejsza bazylika w Paryżu.

– Bazylika Najświętszego Serca, kościół na szczycie wzgórza Montmartre – powiedziałam oczarowana. – Nazywana również Białą bazyliką.

– Znasz jej historię? – Michèl ciągnąc mnie w stronę schodów z dumą spoglądał w górę.

– Chyba nie, a ty?

– Kiedy wybuchła wojna francusko-pruska, dwóch francuskich przemysłowców przysięgło sobie, że jeżeli po wojnie zobaczą Paryż takim samym jak przed wojną, to wybudują bazylikę ku czci Serca Jezusowego. – Michèl zatrzymał się na chwilę, aby złapać oddech, ale szybko doszedł do wniosku, że możemy wspinać się dalej. – Rok później po zakończeniu działań zbrojnych okazało się, że Paryż został nienaruszony i panowie postanowili wypełnić swoją obietnicę. Na elewacjach zastosowano biały granit, stąd potoczna nazwa Biała bazylika.

Stanęliśmy na szczycie wzgórza i wtedy mój przewodnik nakazał mi zamknąć oczy. Odwrócił mnie tyłem do kościoła i szepnął:

– Teraz możesz już popatrzeć.

Spojrzałam przed siebie i otworzyłam oczy i usta z zachwytu. Widok, jaki się przed nami rozciągał był tak oszałamiający, że po prostu mnie zatkało.

– Pięknie tutaj, prawda? – Powiedział zadowolony, obejmując mnie swoimi ramionami. – To moje ulubione miejsce. Kiedyś przychodziłem tutaj prawie codziennie z… – przerwał i usłyszałam, jak jego głos zadrżał.

– Z kim przychodziłeś? – Odwróciłam się i spojrzałam mu w oczy.

– Z matką Michèl-Ariel’a – wyszeptał tak cicho, że ledwie go usłyszałam.

– Kochałeś ją?

Kiwnął głową i odwrócił się do mnie plecami. Zauważyłam, że ukradkiem wytarł z policzka łzę. Pomyślałam, że ta dziewczyna, czy ta kobieta musiała być dla niego kimś bardzo ważnym. Nie miałam odwagi zapytać gdzie teraz jest i dlaczego nie są razem. Milczałam, chociaż bardzo mnie to ciekawiło. Postanowiłam powstrzymać się od pytań, aby nie robić mu przykrości. On jednak uznał, że chce podzielić się ze mną swoimi myślami
i swoim smutkiem.

– Arielle zawsze mówiła, że chciałaby wziąć ślub w Sacré-Cœur. – Odwrócił się do mnie, a na jego ustach zauważyłam znikomy uśmiech. – Spotkaliśmy się tutaj, kiedy była z wycieczką szkolną i zwiedzała Paryż. Siedziałem na schodach bazyliki, grałem na gitarze i śpiewałem. Ona i jej koleżanka usiadły obok mnie i zaczęły śpiewać razem ze mną. Miała piękny głos – zamyślił się na chwilę.

Nie dopominałam się o dalszy ciąg, tylko czekałam cierpliwie, aż będzie gotowy mówić dalej.

– Dała mi swój adres i poprosiła abym do niej napisał. Prawie po pół roku od naszego spotkania skreśliłem do niej kilka słów. Zaczęliśmy regularnie ze sobą korespondować, a w następne wakacje przyjechała do Paryża sama. Do mnie. Przerwała studia, aby być ze mną. Zamieszkaliśmy razem
i wszyscy ją od razu pokochali. Byliśmy wolni, młodzi i szczęśliwi. Często przychodziliśmy tutaj na wzgórze i robiliśmy plany na przyszłość. Arielle, chciała wrócić na studia i namawiała mnie, żebym też kontynuował naukę. Wtedy pieniądze same do mnie lgnęły. Miałem dobrą passe i uważałem, że nie należy jej przerywać. Ona jednak uparła się i zapisała na uczelnię. Nigdy jednak nie rozpoczęła nauki, ponieważ okazało się, że jest w ciąży. Bez stałego miejsca zamieszkania, bez stałych dochodów i z małym dzieckiem, nie miałaby większych szans na wytrwanie do końca. Ciąża była trudna i często Arielle musiała zostawać pod opieką Antoinette. Kiedy nadszedł czas porodu, nie było mnie przy niej. Załatwiałem dla nas mieszkanie w małej miejscowości pod Paryżem. Coś było nie tak. Antoinette odebrała poród, ale coś złego działo się z Arielle. Znajomy, właściciel małej knajpki zawiózł ją do szpitala, ale było już za późno – Michèl mówił prawie szeptem, zapatrzony w rozciągającą się przed nami panoramę Paryża. Po jego policzkach jedna po drugiej spływały łzy, których już się nie wstydził. – Kiedy wróciłem, Antoinette podała mi zawiniątko i powiedziała, że Arielle chciała, aby nasz syn otrzymał imiona po rodzicach. Popatrzyłem na to maleństwo, przytuliłem do policzka jego ciepłą maleńką główkę i oddałem go w ręce Antoinette. Wybiegłem zrozpaczony. Dwa tygodnie wałęsałem się po uliczkach miasta i płakałem. Z rozpaczy chciałem nawet skoczyć
z Wieży Eiffla, aby dołączyć do Arielle. Na szczęście, w którymś momencie opanowałem się i wróciłem. Wróciłem do mojej rodziny i mojego syna.

Michèl popatrzył na mnie i odgarnął z mojego czoła kosmyk włosów. Wyciągnął z kieszeni chusteczkę i podał mi, abym wytarła swoje policzki, po których również spłynęło kilka łez.

– Przepraszam mała – powiedział i przytulił mnie do siebie.

– Za co mnie przepraszasz?

– Za to, że się tak głupio zachowuję i…, że się tak przed tobą rozkleiłem.

– Michèl, to miło z twojej strony, że chciałeś mi o niej opowiedzieć – spojrzałam na niego jak młodsza siostra. – Doceniam twoją szczerość i chcę żebyś wiedział, że jestem twoim przyjacielem. Nie musisz się przede mną krępować.

Uśmiechnął się i poklepał mnie po ramieniu jak starego kumpla.

– Proszę cię tylko o jedno mój mały przyjacielu…

– Mój duży przyjacielu, o co tylko zechcesz proś – figlarnie popatrzyłam na niego, aby trochę rozładować nasze smutne nastroje.

– Nie mów nikomu, że to opowiedziałem, i że się rozkleiłem przy tobie.

– Masz to jak w banku – nachyliłam się do jego ucha i konspiracyjnym tonem wyszeptałam gwarancję utrzymania tajemnicy.

Cmoknął mnie w policzek i już wyraźnie zmieniony złapał za rękę i pociągnął w stronę wąskiej uliczki, w dzielnicy Montmartre.

– A tak dla ścisłości, to w banku wolałbym mieć pieniądze.

Oboje roześmialiśmy się i ruszyliśmy biegiem schodami w dół. Mimo tego, że starałam się zachowywać normalnie w głowie cały czas słyszałam jego ciche słowa. Mówił o niej z taką miłością i uczuciem, a zarazem z taką rozpaczą, że nie mogłam oczyścić myśli od tej historii. Czułam się przy nim jak przy moich braciach, chociaż chwilami miałam wrażenie, że zaczynam do niego odczuwać coś, co nie jest tylko przyjacielskim uczuciem. Dotyk jego dłoni sprawiał, że miałam dreszcze na ciele, a kiedy patrzyłam w jego duże, ciemne oczy to…

Zatrzymaliśmy się przed kamienicą na ulicy Rue Berthe. Michèl odwrócił się i mocno złapał mnie za ramiona.

– Zapamiętaj to miejsce i ten budynek. Gdyby kiedyś coś mi się stało, albo gdybyś potrzebowała pomocy to zawsze możesz tu przyjść.

– Dobrze – kiwnęłam głową.

Poczułam dziwny lęk. – Co mogłoby mu się stać? – Pomyślałam ze strachem. – O czym do cholery on mówi?

– Wpadniemy na chwilę do moich przyjaciół. Poznasz kogoś bardzo ważnego i zadzwonisz do rodziców. Możesz też podać rodzicom ten adres, aby mogli wysyłać do ciebie korespondencję. Chodź!

Pociągnął mnie za rękę i stanęliśmy przed drzwiami wejściowymi. Michèl wyciągnął z kieszeni klucz i otworzył je. Wąskimi schodkami weszliśmy na drugie piętro, gdzie kolejnym kluczem otworzył następne drzwi. W przedpokoju przywitała nas niska, szczupła kobieta w wieku około siedemdziesięciu lat.

– Witaj mój chłopcze. Dawno cię u nas nie było – podeszła do nas i mocno uściskała mojego przyjaciela. – A to le solei to, kto? – Zmierzyła mnie wzrokiem.

– To Catherine – Michèl uśmiechnął się do mnie. – Zagubiona turystka, którą na chwilę przygarnąłem pod swój dach.

– Witaj pod moim dachem, piękna dziewczyno. Wszyscy nazywają mnie Mamon, więc ty też tak możesz do mnie mówić. – Kobieta uściskała mnie szczerze i spontanicznie, tak jak powitała przed chwilą Michèl’a. – Nie trzymaj się zbyt długo tego nicponia, bo wywiezie cię na manowce – konspiracyjnym tonem szepnęła mi do ucha.

Popatrzyłam na nią i już wiedziałam, że jest to osoba, której nie można nie polubić. Filigranowa figura i wesołe ogniki w oczach, odejmowały jej kilka lat. Poruszała się zwinnie jak nastolatka, chociaż po wykrzywionych przypuszczalnie przez artretyzm dłoniach i po plamach brązowych na całym ciele, można było zauważyć pozostałości przeżytych lat. Mieszkanie,
w którym się znajdowaliśmy przypominało muzeum. Stare meble pochodziły chyba jeszcze z poprzedniego stulecia, ale wszędzie panował wręcz sterylny porządek. W pokoju, do którego nas wprowadziła Mamon stał około trzymetrowy regał z ośmioma półkami, zapełnionymi książkami o różnej tematyce. Poczułam się jak w jakiejś starej bibliotece. Zza zamkniętych drzwi sąsiedniego pokoju dochodziły głosy i co chwilę słychać było salwy śmiechu. Michèl posadził mnie na starej sofie z rzeźbionymi bokami, obitej pięknym niebieskim materiałem przypominającym atłas.

– Zaczekaj tu na mnie, muszę załatwić pewną sprawę. Niestety nie mogę cię zabrać ze sobą – pogłaskał mnie po policzku i odwrócił się do Mamon.

– Chciałbym, żeby Catherine zadzwoniła do domu, do rodziców – złapał dłonie kobiety i przyłożył do ust składając na nich delikatny pocałunek. – Przypilnuj proszę, aby to zrobiła.

Mamon przytuliła go do siebie i matczynym gestem pogłaskała po ciemnej czuprynie.

– Leć! Tylko nie zabaw za długo. Mam kilka spraw do załatwienia i nie będę siedziała cały dzień w domu. A z Leonem i jego kompanią nie chciałabym jej zostawić samej.

– Wrócę za godzinkę, może półtorej. – Michèl pocałował Mamon w policzek, a do mnie puścił perskie oko i już go nie było.

Kobieta usiadła naprzeciwko i wpatrując się we mnie trwała tak około dziesięciu minut. Siedziałyśmy w milczeniu wsłuchując się w szum ulicy i głosy dochodzące z drugiego pokoju.

– Ile masz lat? – Mamon, pierwsza przerwała milczenie.

– Osiemnaście.

– To ty jesteś tą małą, którą okradli na dworcu?

– Tak – kiwnęłam głową i opuściłam wzrok wpatrując się w kwiaty na dywanie. – Widzę, że nawet w tak dużym mieście, wiadomości rozchodzą się lotem błyskawicy – szepnęłam zawstydzona.

– To ty jesteś tą zmysłową tancerką?

Popatrzyłam na nią zdziwiona, skąd wie o tym, że tańczyłam na brzegu Sekwany skoro jestem w Paryżu dopiero drugi dzień.

– Żeby poczta tak działała jak szybkość przekazywania informacji tutaj, to ludzie mogliby się częściej komunikować ze sobą – powiedziałam z nutą oburzenia.

– Nie irytuj się. Wiem to od Leona, grał wczoraj razem z Michèl’em – popatrzyła na mnie uspokajająco. – Lubię, kiedy Leon chodzi razem z nim, bo przynajmniej regularnie płaci mi wtedy tygodniówkę za pokój, który wynajmują razem ze swoją siostrą. Dobry z niego chłopiec, ale ma tylu znajomych… – spojrzała w stronę drzwi do drugiego pokoju i wzruszyła ramionami. – Sama słyszysz.

Wstała z fotela i podeszła do mnie.

– Chodź, pójdziemy do mojej sypialni. Zadzwonisz do rodziców.

Podała mi rękę i poprowadziła wąskim korytarzykiem do kolejnego pomieszczenia. Sypialnia Mamon, tak jak pokój gościnny wyglądała jak sala w muzeum. Drewniane łóżko zasłane było narzutą wyszydełkowaną z białej bawełny. Obok niego stała toaletka, na której pięknie eksponował się stary zegar. W chwili, kiedy otworzyłyśmy drzwi do pokoju, zegar jakby obudził się i zaczął wybijać godzinę. Naprzeciwko łoża stała ogromna szafa wyglądająca jakby przyniesiono ją z Wersalu. Obok na ścianie wisiał imponujących rozmiarów obraz.

– Ciekawy, prawda? – Mamon zauważyła jak przyglądam się dziełu. – Uwielbiam Moneta – westchnęła i delikatnie dotknęła drewnianej ramy obrazu. – Czy wiesz, że najbardziej charakterystyczną cechą malarstwa
i rzeźby impresjonistycznej, było dążenie do oddania zmysłowych i ulotnych momentów? Takie dążenie do “złapania uciekających chwil” – odwróciła się w stronę obrazu. – Nazwa kierunku została ironicznie nadana przez krytyka sztuki a zarazem dziennikarza o nazwisku Leroy i pochodzi od tytułu właśnie tego obrazu „Impresja wschód słońca” Claude’a Moneta.

– Jeden z moich braci studiuje w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych – odpowiedziałam, żeby jej zaimponować. – Ja jednak wolę taniec od tego rodzaju sztuki.

– Każdy ma swoje upodobania.

Podprowadziła mnie do małego stoliczka, na którym na białej koronkowej serwetce stał czerwony telefon-retro. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam coś tak pięknego i użytecznego zarazem.

– Zostawię cię teraz samą, abyś mogła swobodnie porozmawiać. Pójdę do kuchni i przygotuję dla nas coś do picia. Jak skończysz, to przyjdź do mnie, tylko nie pomyl pokoi, bo Leon i jego zwariowana czereda zjedzą cię żywcem – uśmiechnęła się do mnie i wyszła z pokoju, dokładnie zamykając za sobą drzwi.

Usiadłam na krześle obok stoliczka i dłuższą chwilę wpatrywałam się
w aparat telefoniczny. Co ja im powiem? – Pomyślałam, zanim wykręciłam numer rodziców.

– Halo, tu dom rodziny Krzyżańskich – usłyszałam głos brata.

– Andrzej?

– Kasiulek!? Jezu dziecino, od zmysłów odchodzimy. Co z tobą? – Zawołał tak głośno, że musiałam słuchawkę telefonu odsunąć od ucha.

– Spokojnie. Jesteś sam?

– Taak… to znaczy niezupełnie. Tata siedzi na kanapie i już usłyszał jak zawołałem twoje imię – powiedział zmieniając ton głosu. – Uwaga! Podchodzi – szepnął do słuchawki.

– Zatrzymaj go na chwilę. Chcę pogadać z tobą.

– O.K. Tato daj mi chwilkę na osobności z moją małą siostrzyczką – usłyszałam jak błagalnym tonem Andrzej zwraca się do ojca. – Zaraz ci ją dam do telefonu, tylko pogadam z nią minutkę.

Oczami wyobraźni widziałam śmieszną minę, jaką zapewne zrobił rozmawiając z naszym tatą, aby uzyskać efekt swojego gadania.

– No, mamy minutę. Nawijaj mała.

– Posłuchaj, jestem w Paryżu. Zatrzymałam się u moich znajomych…

– Bardzo ciekawe, od kiedy ty masz znajomych w Paryżu? – Przerwał mi w pół zdania.

– Od wczoraj. Nie gadaj tylko słuchaj!

– O.K.

– Zrób wszystko, żeby rodzice nie kazali mi wracać. Nie wiem, co się stało, że ciocia po mnie nie wyjechała. Domyślam się, że wy już o tym wiecie.

– Wiemy, bo ciocia…

– Nie przerywaj mi! Chcę spędzić tutaj kilka dni, bez ochronki. Sama! Poznałam fantastycznych ludzi i zatrzymałam się u nich. Dbają o mnie. Troszczą się, abym się nie zgubiła w tym wielkim mieście. Czuje się tutaj szczęśliwa i potrzebuję kilku dni dla siebie. Musisz mi pomóc pozostać tutaj jak najdłużej, zrozumiałeś?

– Dobra. Dobra. A możesz mi podać adres tych ludzi, u których się zatrzymałaś? Mam kumpla w Paryżu, skontaktuję się z nim, żeby do ciebie zajrzał.

– Nie mogę ci podać adresu. Bo mieszkam…- nie byłam pewna czy mogę swobodnie przekazać mu, gdzie nocuję.

Obawiałam się, że wpadnie w panikę. Zaryzykowałam jednak.

– Mieszkam nad brzegiem Sekwany. Pod mostem.

– Żartujesz, prawda? – Po chwili milczenia, ponownie usłyszałam głos brata.

– Nie. Nie żartuję.

– Kurde, ale fajnie! Jesteś kloszardem?

– Nie! Nie jestem! Ludzie, z którymi przebywam to też nie są kloszardzi.

– Jest tam jakiś chłopak? – To było bardziej stwierdzenie niż pytanie.

– I nie tylko, ale… zatrzymaj to dla siebie i zrób to, o co cię proszę. Daj teraz słuchawkę tacie. Nie mogę za długo wisieć na tym telefonie, ponieważ dzwonię z mieszkania starszej pani.

– Dobra. Pogadamy innym razem. Trzymaj się dziecino. Oddaję słuchawkę naszemu staruszkowi.

– Witaj córeczko, tak się o ciebie martwimy. Gdzie ty jesteś? Jesteś bezpieczna? – Głos taty brzmiał tak, jakbym została uprowadzona przez sycylijską mafię.

– Tatusiu spokojnie. Jestem bezpieczna. Powiedz mi tylko, dlaczego ciocia Aniela nie przyjechała po mnie na dworzec?

– Och kochanie… Aniela znalazła się w szpitalu, w nocy przed twoim przyjazdem i dopiero dzisiaj rano zadzwoniła do nas z tą informacją. Uspokoiłem ją i powiedziałem, że miałaś przy sobie dość pieniędzy żeby wynająć sobie jakiś pokój w hotelu i że na pewno skontaktujesz się z nią. Podała mi adres szpitala, żebyś mogła przyjechać do niej i zabrać klucze do mieszkania. Ona ci dokładnie wytłumaczy jak masz dojechać do…

– Tatusiu, posłuchaj – przerwałam monolog ojca, żeby powiedzieć mu, że nie chcę jechać do cioci Anieli. – Zadzwoń do niej i powiedz, że niech nie zawraca sobie głowy moją osobą. Mieszkam u moich przyjaciół i jestem bezpieczna. Pojadę do cioci jak wyjdzie ze szpitala. A teraz niech spokojnie dochodzi do zdrowia.

– Kasieńko, dziecko? Gdzie ty mieszkasz? U jakich przyjaciół? Podaj mi adres…

– Tatusiu, nie znam dokładnego adresu. Jak zadzwonię następnym razem, to wszystko ci dokładnie podam. Nie martw się o mnie. Dam sobie radę. 

Czułam, że mój głos zaczyna drżeć. Nie chciałam się rozpłakać, ale wszystko wskazywało na to, że nie zdołam się opanować. Łzy zaczęły dławić mnie w gardle, a mój głos zmieniał się z każdym słowem.

– Ucałuj ode mnie mamę, Bronka i Andrzeja. Kocham cię. Pa.

Odłożyłam słuchawkę, zakryłam twarz rękami i rozpłakałam się. Nie wiem ile czasu siedziałam w sypialni Mamon i płakałam. W pewnej chwili poczułam na swoim ramieniu czyjąś dłoń, która delikatnie głaskała mnie po włosach. Wytarłam oczy i popatrzyłam w górę. Obok mnie stał Michèl
i uśmiechał się tym swoim pięknym, tajemniczym uśmiechem. Wstałam
z krzesła i przytuliłam się do niego, tak jakby był którymś z moich kochanych braci. Głaskał mnie po policzkach, po ramionach, po plecach. W końcu wtulił głowę we włosy i delikatnie pocałował moje mokre od łez oczy.

– Chodź mała, Mamon się niecierpliwi. Słyszała jak płakałaś, ale nie chciała tu wejść.

Wyszliśmy z sypialni Mamon i udaliśmy się do jej salonu. Kobieta siedziała w fotelu czytając książkę, ale na nasz widok szybko zamknęła ją
i odłożyła na ławę.

– Wszystko w porządku? – Zapytała z wyraźną troską w głosie.

– Tak… przepraszam.

– Napij się zimnej cytrynówki. Sama przyrządziłam – patrzyła na mnie z zaciekawieniem i smutkiem jednocześnie.

 



Napisz do mnie

czerwiec 2022
P W Ś C P S N
« maj    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  

Książki które przeczytałam

Recenzje moich książek

  • Leśniczówka
  • Pamiątka z Paryża
  • Jutra nie będzie
  • Lawenda
  • Płacz wilka
  • Carpe Diem
  • Listy do Duszki
  • Muzyka dla Ilse
  • Dziewczyny z Ogrodu Rozkoszy
  • Kołysanka dla Łani
  • Złoty konik dla Palmiry
  • Dziewczynka z ciasteczkami

Znajdziesz mnie również na

lubimyczytać.pl granice.pl booklikes.com nakanapie.pl sztukater.pl instagram.com/formelita_ewfor/ facebook.com/KsiazkiIdy/