literatura polska
CZTERY PŁATKI ŚNIEGU – Joanna Szarańska
Joanna Szarańska urodziła się w 1982 roku. Jest nie tylko pisarką, ale również copywriterką o stu specjalnościach, osobą pogodną i czarującą świat swoim uśmiechem. Zakochana w piłce nożnej, języku hiszpańskim i książkach. Miłośniczka powieści Stephena Kinga. Współpracuje z fundacją Miasto Słów i Klubem z Kawą nad Książką.
Wydawnictwo CZWARTA STRONA rok 2017
stron 330
Cztery płatki śniegu to książka z gatunku współczesnej literatury obyczajowej.
W pewnej kamienicy mieszkańcy są tak bardzo pochłonięci problemami życia codziennego, często wyimaginowanymi, że nie zauważają jak szybkimi krokami zbliża się magiczny czas Świąt Bożego Narodzenia. Zuzanna i Kajetan z powodu pewnego kartonu będącego własnością przyjaciela, który mężczyzna postanowił przechować we własnym domu, zaczynają podejrzewać się wzajemnie o zdrady. Monika i Jakub – rodzice małego chłopczyka, niby wiodą szczęśliwe życie, ale dla młodej matki solą w oku jest teściowa, która na jakiś czas postanawia zamieszkać z synem i synową. Anna jest żoną Waldemara, człowieka obsesyjnie ogarniętego skąpstwem. A Marzena samotnie wychowuje kilkuletnią córeczkę Stasię, która ma ciągłe wyrzuty sumienia, że nie jest dla swojej mamy wystarczająco dobrym dzieckiem. Jest jeszcze Maciej – zastępczy wychowawca klasy 2a, oraz ksiądz Wojciech i chyba najważniejsza osoba – pewna staruszka, która jest nie tylko mieszkanką tej kamienicy, ale również samozwańczą dozorczynią i ekspertem od wszystkich uczuć i związków międzyludzkich, która marzy tylko o jednym… zmobilizować sąsiadów aby święta były piękne, radosne i… wspólne. Czy samotnej staruszce uda się zaśpiewać kolędę w towarzystwie sąsiadów? Czy przed świętami rozwiążą się problemy ludzi mieszkających w tym samym domu? Czy wystarczą tylko cztery płatki śniegu aby poczuć magię świąt?
Ta książka, niby jest lekturą świąteczną, ale trudno z niej początkowo zaczerpnąć tej świątecznej magii. Jest to natomiast niesamowita opowieść o tym, jak ludzie tłumią w sobie emocje, snują bezpodstawne przypuszczenia, katują się podejrzewaniami zamiast szczerze ze sobą porozmawiać. W natłoku egoizmu i bezmyślnych decyzji często zapominają, czym tak naprawdę jest zwykła ludzka życzliwość, zapominają czym jest tradycja i jak pięknie można przygotować się do świąt znajdując radość w tym, że wspólnie można więcej.
Jak często jest tak, że ludzie mieszkają w jednym bloku, w jednej kamienicy, w jednej klatce a znają się tylko z widzenia. Zagonieni pracą, zapatrzeni w siebie, nie zauważają tego co jest jedną z podstawowych zasad ludzkości – humanitaryzm. Sąsiadka z parteru widziana zawsze z uśmiechem na twarzy, być może oprócz tego, że jest miłą staruszką może być równocześnie bardzo samotną staruszką. Sąsiadka z piętra, elegancka miła pani, być może jest zastraszoną i tyranizowaną przez męża kobietą, której nie wolno nawet umówić się na kawę z koleżanką. Sympatyczna mała dziewczynka wychowywana przez samotną matkę, która zawsze grzecznie się kłania, zawsze czysta i zadbana być może walczy z samotnością, bo nie może się odnaleźć w gronie koleżanek, których rodzice są lepiej sytuowani finansowo.
Aspołeczna znieczulica to jedna wielka SAMOTNOŚĆ. Czy warta jest tego wszystkiego, co szczelnie zamykamy w swoich domach, w swoich sercach i w swoim życiu?
(…) Chociaż mieszkali w jednym budynku i pozornie wiedzieli o sobie wszystko, tak naprawdę nie zadali sobie trudu, by choć odrobinę się poznać. Wpatrywali się w czubki własnych nosów, wmawiając sobie, że ich to nie dotyczy. (…)
Autorka porusza w książce bardzo ważne tematy, problemy dotyczące wielu przeciętnych ludzi. Robi to z humorem, ale tak naprawdę stara się w ciepły i wzruszający sposób opowiedzieć kilka historii zwykłych ludzi, których może połączyć coś pięknego, po warunkiem, że będą tego chcieli.
Czytając tę lekturę, na zmianę uśmiechałam się i tłumiłam łzy, potępiałam jednych bohaterów, jednocześnie mocno trzymając kciuki za drugich. Jedno jest jednak pewne, te kilka przedstawionych historii skłoniło mnie do refleksji. I to nie tylko refleksji dotyczących świąt Bożego Narodzenia.
Na początku książki trochę się gubiłam, kto jest kim i z kim, przyznam szczerze, że musiałam sobie nawet zrobić taką małą ściągę, żeby połapać się w bohaterach, których w tej książce jest wielu. Przedstawione w fabule perypetie rodzinne wielu osób są przykładem na to jak łatwo można zapomnieć o tym co jest najważniejsze i co tak naprawdę w liczy się w życiu. Tym wszystkim ludziom zabrakło jednego – szczerej, rozmowy, która potrafiłaby rozwikłać niejeden problem.
Moim zdaniem ta lektura nie jest taką typową ciepłą opowiastką przedświąteczną, która wprowadzi nas w ten magiczny świąteczny czas, ale z pewnością nam uświadomi, czego nie należy unikać w stosunku do innych ludzi, zwłaszcza w okresach takich jak przedświąteczny. Przecież między gruntownymi porządkami, pieczeniem makowca, czy strojeniem choinki może moglibyśmy znaleźć tę odrobinę czasu dla drugiej osoby, dla kogoś, kto chętnie podzieli się dobrym słowem.
Polecam tę książkę jako lekką, łatwą i przyjemną lekturę na jakiś weekend. I chociaż, tak jak wspomniałam wcześniej, autorka porusza w niej dość trudne tematy, to z całą pewnością jest to książka przepełniona humorem, a tego nie powinniśmy unikać. Jest to moje pierwsze spotkanie z dorobkiem pisarskim tej autorki, bardzo bym chciała, aby nie było ostatnim. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze sięgnę po inną książkę Joanny Szarańskiej.
ANIOŁ DO WYNAJĘCIA – Magdalena Kordel
Magdalena Kordel urodziła się w 1978 roku w Otwocku. Jest autorką, bestsellerowych powieści „Uroczysko” i „Sezon na cuda”. Podobno pisać zaczęła, by poradzić sobie z trudną przeszłością, ale szybko okazało się, że jej książki stały się balsamem dla duszy tysięcy czytelników.
Uwielbia podróżować, czytać i gotować. Razem z mężem i dwójką dzieci mieszka w Otwocku i kiedy tylko może, ucieka w Sudety, bo marzy się jej dom gdzieś wysoko w górach. Wie, jak ważne są marzenia, dlatego pomaga spełniać je innym.
Wydawnictwo ZNAK rok 2016
stron 381
Anioł do wynajęcia to współczesna powieść obyczajowa, którą powinno się przeczytać w okresie zbliżającym nas do świąt Bożego Narodzenia.
Michalina to osiemnastolatka, która uciekła z domu, ponieważ nie potrafiła pogodzić się z rządami swojej macochy i trudnej do zaakceptowania roli ojca w jej nowej rodzinie. Po śmierci ukochanej babci, nie może sobie znaleźć miejsca w życiu i kiedy w wyniku dość bezmyślnego zachowania staje się coś, co z pewnością zaważy na jej życiu, dziewczyna ucieka z domu. Tuła się po mieście, które coraz bardziej ogarnia zimowa przedświąteczna aura ,i kiedy już wydaje jej się, że dłużej tej tułaczki nie wytrzyma, na jej drodze stają (niby) przypadkowe osoby, które… być może są odzewem na jej prośbę skierowaną do Boga, w przypadkowym kościele:
(…) Gdybyś całkiem przypadkiem, tam u siebie na górze, miał jakiegoś bezrobotnego anioła, anioła do wynajęcia, to pamiętaj mnie. Bardzo proszę. A, i gdybyś mógł mi pomóc w tym, żebym tak do końca nie zapomniała, czym jest miłość i radość. (…)
W tym samym czasie, pewna dość apodyktyczna staruszka, również ma dość swojego samotnego życia. Cóż z tego, że ma piękne, duże mieszkanie, ma pieniądze, gdy nie ma nikogo bliskiego. Czy coś połączy te dwie kobiety? Co takiego musi się wydarzyć w życiu, aby człowiek otworzył oczy i zobaczył drugiego człowieka? Czy przedświąteczny czas naprawdę sprzyja uczuciom takim jak miłość, wiara w drugiego człowieka, wybaczenie?
To moje pierwsze spotkanie książkowe z dorobkiem pisarskim tej autorki. Ta powieść to moim zdaniem baśń dla dorosłych, ale czy dorośli nie mają prawa do baśni? Historia opisania w książce przecież mogła zdarzyć się naprawdę. Kto wie, może nawet nie jest fikcją literacką a odzwierciedleniem czyjegoś trudnego życia.
Autorka pozwala czytelnikowi na chwilę zapomnieć o otaczającej znieczulicy i uwierzyć w cuda, których mogłoby być na tym świecie więcej gdybyśmy się sami o nie postarali. Czasami wystarczy czyjś uśmiech, podanie komuś dłoni, niewiele znacząca pomoc, która może okazać się czymś wyjątkowym i ważnym.
Ta lektura, to z całą pewnością ciepła i pouczająca opowieść o tym, że czasami mały gest może być dla kogoś wielkim szczęściem. I nie musi być to w okresie, w którym działa na wielu magia świąt. Te trudne problemy poruszone w powieści nie są fikcją, takich problemów jest wokół nas wiele, tylko że nie zawsze je zauważamy. Pracując ze starszymi ludźmi doskonale wiem, jak wielkim problemem dla nich jest samotność. Ale ilu młodych ludzi czuje tę samotność nawet we własnych domach, w których z pozoru wszystko jest tak jak należy.
Czytając tę książkę, czułam wręcz zbliżające się święta. Autorka w cudowny, prawie magiczny sposób potrafi czytelnika wprowadzić w ten nastrój, malowniczo opisując wszystko, nawet pieczenie ciast. Wiem, że to śmieszne, ale kiedy czytałam o tych piernikach, czy kwiatach, to prawie czułam ich zapachy.
Mimo tego, że fabuła przedstawia czytelnikowi trudne i bolesne sytuacje, jest to powieść dość zabawna. Styl pisarski Magdaleny Kordel jest tak specyficzny, że czytając, na przemian śmiałam się i wzruszałam. Gdybym miała dać tej autorce jakiś przydomek, to nazwałabym ją Królową Emocji.
Bardzo wyraziste postacie, i ciekawie skonstruowane (często bardzo zabawne) dialogi są z pewnością atutami tej powieści, a w połączeniu z fabułą, tworzą prawdziwy majstersztyk.
Ta powieść ma w sobie jakąś magię, emanuje ciepłem i pozytywną energią. Może dlatego tak to odczuwam, że od zawsze wierzyłam w moc aniołów, i chociaż mój osobisty Anioł Stróż czasami bierze sobie wolne, to zawsze wierzę, że w końcu do mnie wróci.
Kiedyś, gdy działo się w moim życiu coś, co spowodowało, że zachwiała się moja wiara w ludzi, w Boga, i nawet w mojego Anioła Stróża, moja koleżanka przysłała mi pewien filmik i powiedziała całkiem poważnie: „nie odtrącaj go, on jest przy tobie, daj mu szansę”. Daleko mi do kościoła jako instytucji, ale wierzę, że gdzieś tam jest ktoś, kto kiedy upadam, podaje mi rękę i pomaga wstać. Może to jest tylko moja wewnętrzna siła, a może…
Polecam tę powieść nie tylko miłośniczkom literatury kobiecej. To lektura obowiązkowa przed każdymi świętami Bożego Narodzenia, i ja chętnie wrócę do niej nie raz. To książka, która pozwoli się wyciszyć, ale również rozbawi do łez. I z całą pewnością na długo pozostawi w nas pozytywną energię jaką nas naładuje.
P.S. Bardzo ciekawym dodatkiem są na końcu książki przepisy potraw świątecznych, i przyznam, że chyba któryś z nich w tym roku wykorzystam.
PODRÓŻ PO MIŁOŚĆ. EMILIA – Dorota Ponińska
Dorota Ponińska pochodzi z Warszawy. Urodziła się w 1969 roku. Obecnym jej miejscem zamieszkania jest Konstancin Jeziorna. Jest absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego – Wydziału Polonistyki, ukończyła także amerykanistykę i public relations. Przez kilkanaście lat pracowała w branży PR, zarówno w agencji, jak i w międzynarodowych korporacjach. Była członkiem zespołu ds. uzyskania przez Warszawę tytułu Europejskiej Stolicy Kultury. Po tych doświadczeniach zawodowych postanowiła poświęcić czas nowym pasjom: kulturze Orientu i pisaniu.
Wydawnictwo Nasza Księgarnia rok 2013
stron 356
Podróż po miłość. Emilia to pierwszy tom cyklu książek. Ten tom przenosi czytelnika z Polski roku 1841 do dalekiego Stambułu.
Emilia po śmierci matki, została oddana na wychowanie do klasztoru. Bardzo szybko stała się ulubienicą Matki Przełożonej, która miała wobec dziewczyny bardzo poważne plany. Pewnego dnia jednak, zjawił się w klasztorze tajemniczy mężczyzna, przyjaciel ojca Emilii i poprosił o pomoc w odnalezieniu ojca i wykupieniu go z niewoli u tureckiego księcia. Dziewczyna bez wahania zdecydowała się opuścić klasztor i udać w daleką drogę do Turcji, aby odnaleźć ukochanego ojca, którego pamiętała z lat dzieciństwa. Jej podróż okazała się pełną przygód, rozczarowań, i trudnych wyborów. Kiedy wraz z towarzyszem podróży została porwana a następnie wykupiona przez pewnego młodego Turka, jej życie nabrało zupełnie innego tempa. Czy młoda Polka napotkała szczęście w świecie tak odmiennym od życia klasztornego? Czy udało jej się odnaleźć ojca, dla którego poświęciła swoje dotychczasowe spokojne życie klasztorne? I jak bardzo namieszał w jej życiu pewien angielski lord, przez którego mogła stracić coś bardzo cennego?
O serii Podróż po miłość słyszałam wiele. Opinie były różne, jedni się zachwycali inni wręcz przeciwnie. Kiedy książka trafiła w moje ręce, nie byłam pewna, czego się po niej spodziewać. Sam tytuł sugerował mi tkliwy romans, a za takim szczerze przyznam zbytnio nie przepadam. Książka jednak bardzo mnie zaskoczyła.
Dzięki tej powieści miałam okazję uczestniczyć w literackiej podróży do świata islamu, i orientu dalekiego Stambułu. Towarzysząc młodej Polce w jej egzotycznej podróży, poznałam tajniki życia muzułmańskiego, haremów i mogłam na chwilę znaleźć się w otoczeniu piękna tureckiej przyrody.
Książka została napisana dość nietypowo, rozdziały opowiadające o losach głównej bohaterki przeplatają się z rozdziałami dotyczącymi życia Soltana – syna imama i szejka Mewlana zwanego Rumim, znanego w tamtych czasach poety. Początkowo nie potrafiłam znaleźć związku między tymi dwoma wątkami tak różnymi od siebie, dopiero w dalszej części książki wszystko się wyjaśniło. Było to tak, jakbym czytała jednocześnie dwie różne powieści i o tyle nietypowo, że w jednej z nich narracja była w osobie pierwszej, a w drugiej, narracja była w osobie trzeciej.
Historia Emilii była jednak na tyle wciągająca, że w pewnym momencie przestałam zwracać uwagę na zmiany w prowadzonych fabułach. Wątek młodej Polki, wychowanej w bogobojnej wierze chrześcijańskiej, która nagle odkrywa uroki orientu i zakazanych owoców, to taka trochę bajkowa opowieść, ale pełna ciepła, nadziei i miłości. To nietypowa opowieść romantyczna, przepleciona historią Polski i historią dalekiego wschodu.
Autorka zaskakuje czytelnika i jednocześnie oczarowuje wplatanymi w fabułę szczegółami, pomalutku dawkując tajemniczą kulturę tureckiego orientu, umiejętnie przeplataną historią Europy po Powstaniu Listopadowym. Kiedy opisuje ogrody tureckich pałaców, to robi to tak, że wręcz można poczuć zapach rosnących tam kwiatów. Robi to wręcz malowniczo.
Przy okazji ciekawej historii miłosnej czytelnik ma okazję pobyć trochę w tureckim haremie. Ta mieszanka historii z fikcją literacką jest dość ekscytującą podróżą. Dwie opowieści zamknięte w jednej książce. I chociaż, gdybym miała wybierać, to wolałabym czytać te opowieści, jako osobne książki, to z pewnością dla wielu może się to okazać ciekawym doświadczeniem. Muszę jednak przyznać, że ta bajkowa opowieść mnie zauroczyła, chociaż główna bohaterka mimo swej ogromnej odwagi i momentami determinacji wydała mi się trochę zbyt infantylna, w przeciwieństwie do dwóch innych bohaterek drugiego planu. Myślę, że kiedyś sięgnę po kolejne części Podróży po miłość. Czasami takie oderwanie się od czasów teraźniejszych bywa interesującym doświadczeniem nie tylko czytelniczym, ale przede wszystkim, jak w przypadku tej powieści skarbnicą wiedzy, jaką wielu z nas posiada dość połowicznie.
Polecam tę książkę pasjonatom kultury osmańskiej, muzułmańskiej o ogólnie kultury dalekiego wschodu oraz osobom interesującym się historią nie tylko Europy, ale i Turcji okresu w jakim została przedstawiona fabuła. Dzięki przypisom dołączonym do treści książki możemy się dowiedzieć wielu ciekawostek dotyczących nie tylko islamu, ale również losów wielu Polaków, których przeznaczenie rzuciło na ziemie tureckie. Polecam tę książkę miłośniczkom intryg miłosnych i romansów. Myślę, że wielu znajdzie w tej powieści coś dla siebie.
Czy Polka żyjąc w tureckim haremie może zapomnieć o własnym kraju, i pochodzeniu?
DOM, KTÓREGO NIE BYŁO – Dorota Schrammek
Dorota Schrammek od lat publikuje opowiadania i reportaże w pismach kobiecych. Mieszkała nad Bałtykiem, w Pobierowie, obecnie z trójką dzieci i mężem mieszka w niemieckim Ueckermunde. Najlepiej czuje się w domu pochłonięta obowiązkami rodzinnymi i pracą. Pisze, gdy domownicy śpią. „Stojąc pod tęczą” to jej debiut powieściowy.
Wydawnictwo Szara Godzina rok 2016
stron 240
Dom, którego nie było to powieść psychologiczna z gatunku literatury kobiecej.
Cztery kobiety spotykają się na wspólnej terapii. Każda z nich miała inne, dość skomplikowane relacje ze swoją matką. Rodzinna przeszłość miała znaczny wpływ na wybory życiowe bohaterek. Karolina jest nauczona bezwzględnego posłuszeństwa, Katarzyna była zakonnicą, z kolei Daria jest niechcianym przez matkę dzieckiem, którym zajmował się ojciec, Łucja była zaś wychowywana na arystokratkę traktującą mężczyzn, jako środek do osiągnięcia celu. Terapeutka wyznacza listę poleceń do wykonania. Zadania są nietypowe, a każde przybliża bohaterki do odzyskania zachwianej równowagi. Czy to się uda? Czy nauczą się kochać i szanować siebie?
Relacje między matką a córką są czasami bardzo trudne, nie wiem od czego to zależy, ale każda z nas, z pewnością inaczej wspomina to, co było częścią naszego dzieciństwa i podstawą wchodzenia w dorosłość. Sama jestem matką i pamiętam, że chociaż starałam się robić wszystko tak jak uważałam za dobre, między mną a moją córką dochodziło do konfliktów. Bardzo chciałam, aby moje stosunki z córką były inne niż te z moją mamą, ale musiały minąć lata, kiedy ziściło się to, do czego dążyłam.
Autorka w swojej najnowszej książce poruszyła ten trudny temat, i zrobiła to tak, że czytając książkę, co rusz czułam przelatujące przez moje ciało dreszcze. Cztery bohaterki tej książki, już jako osoby dorosłe popełniają wiele błędów, to że ich przeszłość jest dawno za nimi nie oznacza uwolnienia się od niej. Przeszłość, często nie tyle trudna co bolesna sprawiła, że kobiety są w pewien sposób samotne, nie potrafią nauczyć się równowagi, która poprowadziła by ich w życiu. Trudno im zaakceptować siebie i nabrać do siebie szacunku, ta przeszłość i relacje z własną matką utrudniają im drogę do uwierzenia we własne wartości, do uwierzenia w siebie.
Moim zdaniem nie łatwo jest uświadomić komuś, jak wielką siłą potrafią być ludzie. Autorce tej książki chyba się to udało. Za pomocą bardzo przeplecionych losów swoich bohaterek, tak różnych, tak innych i tak indywidualnych, udowodniła, że można wiele osiągnąć dzięki wierze w siebie i wierze w drugiego człowieka. Traumy, bolesne wspomnienia smutnej przeszłości, nie muszą być ciężarem na całe życie. Jeżeli się patrzy w przyszłość, przeszłość pozostawiając daleko w tyle, to można osiągnąć szczęście.
Fabuła powieści niejednokrotnie zaskakuje, a wraz z jej rozwojem zdajemy sobie sprawę z tego, że wszystko się zmienia. Fabuła jest tak autentyczna, że powoduje niezwykły klimat, a ten z kolei sprawia, że trudno jest się oderwać od lektury. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że jest to książka, która nie pozostawi w czytelniku pustki. Po jej skończeniu, długo nie można o niej zapomnieć. Dlaczego? Może dlatego, że wiele kobiet może się utożsamić z którąś z bohaterek, a to z kolei z pewnością skłania do refleksji.
Autorka ma wyjątkowy dar fundowania czytelnikowi sporej dawki różnych emocji. Czytanie tej powieści to tak jakby wchodzenie w głąb duszy drugiego człowieka. To jakby pokonywanie własnego lęku przed tym co było i przed nieznanym. Każda bohaterka tej powieści boryka się z innym problemem, czasami jest to brak zrozumienia ze strony męża, czasami samotność, ból i cierpienie, ale każdej z nich towarzyszy jakaś miłość. Terapia u psychologa, na którą trafiają, otwiera im oczy na to czego im tak naprawdę w życiu brakuje, i co mogą uczynić aby zmienić swoje życie na lepsze.
Lektura momentami wzruszała, momentami budziła gniew i żal, ale z całą pewnością dała mnie jako czytelniczce dużą dawkę nadziei i optymizmu. Dała wiarę w lepsze jutro, siłę i otuchę. Nie wszystkim dom kojarzy się z miłością, ciepłem i oparciem. Dla niektórych dom to ciągłe szukanie odpowiedzi na zadawane od lat pytanie – „dlaczego?”
To moja pierwsza książka tej autorki, ale jestem pewna, że nie ostatnia. Myślę, że jest to lektura nie tylko dla kobiet, chociaż one są jej głównymi bohaterkami. Ta ciepła, mądra i wzruszająca lektura z pewnością nie pozwoli długo o sobie zapomnieć. Mnie oczarowała. Przeczytałam ją jednym tchem i myślę, że tak jak mnie nie zawiodła, nie zawiedzie ona również innych czytelników/czytelniczki. Polecam całym sercem.
Jak ogromny wpływ ma okazywanie uczuć i wszelkie stosunki matki do dziecka na jego dorosłe życie, przekonują się pewnie nieliczni. Ale to właśnie te relacje budują człowieka i przygotowują dziecko do bycia dorosłym.
Dziękuję Wydawnictwu Szara Godzina, które było jednym ze sponsorów na naszym piątym spotkaniu w Sopocie A może nad morze? Z książką za możliwość przeczytania tej książki.
LENIUSIOŁKI – Anna Sakowicz
Anna Sakowicz to polska autorka, po której książki sięgam bardzo chętnie. Pisarka gościła już na moim blogu i pewnie zagości jeszcze nie raz. Nie będę się na jej temat rozpisywała, ponieważ przedstawiłam już tę autorkę w kilku swoich wcześniejszych wpisach, kiedy dzieliłam się swoimi doznaniami po spotkaniu autorskim i po przeczytaniu jej kilku książek: To się da, Szepty dzieciństwa czy Złodziejka marzeń.
Wydawnictwo BJ Serwice rok 2017
stron 31
Leniusiołki to książeczka edukacyjna dla dzieci i… dla dorosłych.
Siedmioletnia Amelka jest śliczną i mądrą dziewczynką. Mieszka w domku razem ze swoimi rodzicami, ma śliczny pokoik, który być może byłby bardziej śliczny gdyby nie fakt, że Amelka bardzo nie lubi w nim sprzątać. Początkowo mama robiła to za nią, ale w końcu się zbuntowała i przestała za Amelkę sprzątać. Niestety jak każda mama, starała się znaleźć przyczynę niechęci córki do sprzątania, bo bałagan w pokoju Amelki coraz bardziej ją przerażał. Któregoś dnia mama znalazła w Internecie niepokojącą wiadomość, że w pokoju córeczki być może mieszkają… małe stworki – Leniusiołki. Czy uda się mamie Amelki znaleźć te niebezpieczne dla dziecka stworki? Czy ktoś przybędzie z pomocą? Czy Amelka pozwoli Leniusiołkom na opuszczenie swojego pokoju.
Przyznam szczerze, że dawno żadna książeczka dla dzieci nie zadziałała tak na moją wyobraźnię, i chociaż bardzo dorosła już ze mnie osoba, w pewnym momencie pomyślałam sobie, że do mojego domu też chyba się wprowadziły Leniusiołki. Dlaczego tak pomyślałam nie będę opisywać w szczegółach, ale wyobraźnia zadziałała.
Napisałam, że jest to książeczka edukacyjna dla dzieci i dla dorosłych, bo uważam, że wszystkie książeczki dla dzieci niosą jakieś przesłania dla ich rodziców, dziadków, czy opiekunów. W tej historyjce autorka bardzo ciekawie przedstawiła sposób uczenia dzieci, i przystosowywania ich do obowiązków domowych. Jak wielu rodziców, większość rzeczy robi za swoje dzieci, a potem, kiedy ich pociechy są już na tyle duże, że mogą wiele zrobić same – a tego nie robią – rodzice są oburzeni, zasmuceni, załamani, i pytają siebie „co ja takiego zrobiłam źle, że moje dziecko nie chce tego, czy tamtego robić?”.
Kiedyś do mojego domu przyjechał w odwiedziny chłopiec około dwunastu-trzynastu lat. Miły, grzeczny, ale całkowicie nieprzystosowany do życia. Jakież było jego zdziwienie, kiedy zwróciłam mu uwagę na to, że naczynia po posiłku każdy z nas SAM zanosi do kuchni i wkłada do zmywarki. Jeszcze większe zdziwienie było, kiedy zapytałam go, dlaczego nie ścieli SWOJEGO łóżka. Mama tego chłopca wszystko robiła za niego, a on… po prostu nie miał zielonego pojęcia, że takie rzeczy może robić sam.
Ale wracając do książeczki, i do problemu małej Amelki. Rodzice dziewczynki martwili się o córkę, bo nie potrafili zrozumieć, że mądra, zdrowa, dobrze ucząca się dziewczynka, nie lubi sprzątać. Wiem, to odwieczny problem wielu dzieci, ale pamiętajmy „czego Jaś się nie nauczy…” i tak dalej.
Bardzo spodobał mi się pomysł z Leniusiołkami, i chociaż uważam, że nie można się oprzeć takim ślicznym, mięciutkim i przyjemnym stworkom, to czasami trzeba zwalczyć w sobie tę chęć pobłażania im we wszystkim. Każde dziecko ma prawo do chwili lenistwa, ale ma też obowiązek nauczenia się podstawowych czynności życiowych. Nie tylko dzieci ulegają leniusiołkowym wpływom, ale jak odpowiednio się do tego przygotujemy, to te śliczne stworki nie zagrożą naszemu zachowaniu.
Moja wnuczka jest jeszcze za malutka, żeby czytać jej książeczki. Ale ja mam na to sposób, trzymając książeczkę w rękach opowiadam jej własnymi swoimi słowami tak, aby zrozumiała. I jakież było mojej zdziwienie, kiedy któregoś dnia zamknęła Leniusiołka w jego kartoniku i zabrała się za zbieranie zabawek. SAMA.
Pięknie ilustrowana książeczka może wiele nauczyć, i myślę, ze Leniusiołki są właśnie taką lekturą, która nie tylko bawi, ale przede wszystkim uczy. Mili, sympatyczni książkowi bohaterowie, potrafią czasami więcej zdziałać niż w kółko powtarzane słowa rodzica.
Autorem pięknych ilustracji jest Andrzej Niezgoda
Ta książeczka to przeciwieństwo wielu emitowanych w telewizji bajek i filmów animowanych dla dzieci, w których coraz więcej jest przemocy i zła. Tutaj nawet zło, ukazane zostało w ciepły i milusi sposób. Bo przecież Leniusiołki są złe, bo powodują u dzieci niechęć do sprzątania, a jednak jak można ich nie polubić? Można je nawet kochać, i nie koniecznie trzeba się ich pozbywać w brutalny sposób, można bardzo delikatnie usunąć z życia.
Jak można nie pokochać takich ślicznych stworków? (zdjęcie pozwoliłam sobie „pożyczyć” z bloga autorki za jej zgodą Kura Pazurem)
Polecam tę książeczkę wszystkim rodzicom i dziadkom i wszystkim opiekunom dzieci, bez względu na to czy mieszkają z dzieckiem czy tylko goszczą je od czasu do czasu. W ciepły, zabawny sposób, można nauczyć dziecka wielu rzeczy, można obudzić w nim chęć robienia czegoś, co przyniesie przyjemność nie tylko dorosłym. Nasz Leniusiołek jest uwielbiany przez całą rodzinę, nie tylko przez moją wnusię, ale do tej wielkiej miłości mamy pewien dystans.
Nasz Leniusiołek otrzymał swój własny karton, do którego zawsze jest wkładany, kiedy trzeba zbierać zabawki 🙂
Dziękujemy (ja i moja wnusia Zuzanka) Autorce za możliwość przeczytania tej książeczki i dziękujemy za ślicznego Leniusiołka, myślę, że na stałe zamieszka on w naszym domu ale… od czasu do czasu będzie musiał schować się w pudełku.
Honorarium za sprzedaż praw autorskich autorka przeznaczyła na Stowarzyszenie Rodziców Dzieci Chorych na Białaczkę i Inne Choroby Nowotworowe w Szczecinie.
Zdjęcia z prywatnego albumu autorki bloga.





















