muzyka
PRZEMILCZANA – Agnieszka Lis
(…) Lunia na kolanach niani machała nóżką w rytm organowych pasaży, aż trzęsły się kolana kobiety. I nuciła coś pod nosem, wyraźnie zachwycona dźwiękami. (…)

Agnieszka Lis to jedna z najpoczytniejszych pisarek literatury obyczajowej. To nie tylko pisarka, ale również pianistka i felietonistka. Ukończyła Akademię Muzyczną (z wykształcenia jest pianistką) oraz dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim (chciała nauczyć się lepiej pisać). Jak sama mówi o sobie – jest pełna sprzeczności i uważa, że gdyby miała dzisiaj jeszcze raz decydować o kierunku studiów, zdecydowałaby tak samo, ponieważ muzyka nie tylko uwrażliwia, ale przede wszystkim wzbogaca, a rozumienie języka muzyki jest czymś szczególnym. To autorka, która pisze o życiowych perypetiach, bólu, rozstaniu, trudnych relacjach i chyba właśnie za to cenię ją bardzo jako pisarkę.
PRZEMILCZANA to to powieść inspirowana życiem zapomnianej kompozytorki i pianistki Tekli Bądarzewskiej-Baranowskiej.
PREMIERA KSIĄŻKI 01 LIPCA 2026

Niezwykle utalentowana, ale zapomniana przez historię Tekla Bądarzewska-Baranowska żyje w świecie, który nie przewiduje miejsca dla kobiety pragnącej tworzyć. Bez formalnego wykształcenia, bez wsparcia, rozdarta między obowiązkami żony i matki a palącą potrzebą komponowania, próbuje ocalić własny głos. Jej utwory podbijają salony, kształtują muzyczne gusta całego pokolenia, nuty sprzedają się w milionach egzemplarzy. A mimo to jej nazwisko znika, jakby nigdy nie istniała. Czy Tekla miała szczęśliwe życie? Kto ją wspierał w tym co kochała najbardziej? Dlaczego nie została doceniona tak jak Chopin i inni pianiści i kompozytorzy, czy tylko dlatego, że była kobietą?
Wielu odwiedzających mój blog wie, że są autorki/autorzy, po których książki sięgam chętniej niż po innych, do nich między innymi należy Agnieszka Lis. I chociaż nie wszystkie jej książki mnie zauroczyły, to żadna jeszcze nie zawiodła moich oczekiwań czytelniczych.
Ta książka jest dość specyficzna i z pewnością skierowana do bardziej wyrafinowanych czytelników, takich, którzy nie czytają książki dla samego czytania, ale dla prawdziwej przyjemności.

Agnieszka Lis stworzyła historię życia kobiety, która chociaż miała wielki talent i otoczona była miłością najbliższych to nie potrafiła w pełni wykorzystać swojego szczęścia i swojego talentu żyjąc w czasach w jakich żyła, kiedy kobiecie wolno było jedynie błyszczeć na salonach, zarządzać domem (służbą), a nie wolno było mieć własnego zdania, zwłaszcza na tematy polityczne czy panującego ówcześnie systemu.
Autorka zabiera czytelników zarówno w świat muzyki jak i do zaboru rosyjskiego, w jakim przyszło żyć bohaterce tej powieści.
Fikcja literacka jaką stworzyła częściowo tylko opiera się na dokumentacji, ale większości jest wymysłem, a może lepiej powiedzieć domysłem autorki, o czym Agnieszka Lis nadmienia w posłowiu książki.
Bohaterka tej historii mimo wielkiego talentu muzycznego nie jest osobą znaną i muszę przyznać, że gdyby nie powieść, z pewnością nigdy bym się nie dowiedziała o istnieniu tej pianistki i kompozytorki, która pozostawiła po sobie piękne utwory.
Co ciekawe, utwory Tekli Bądarzewskiej-Baranowskiej bardziej znane są poza granicami Polski niż w naszym kraju. Czyżbyśmy nie potrafili docenić talentów rodzimych twórców?

To nie jest lektura z tych, o których się mówi: lekka, łatwa i przyjemna i z pewnością nie jest ona dedykowana wszystkim. Myślę jednak, że dzięki wielu muzycznym wstawkom, tu mam na myśli opisy utworów i sposób ich muzycznej interpretacji jakimi autorka uraczyła swoich czytelników, lektura ta będzie nie lada gratką dla melomanów i osób, które mają chociaż w minimalnym stopniu wiedzę o muzyce klasycznej. Być może dla kogoś, kto nie interesuje się muzyką poważną mogą te wstawki wydać się nieco niezrozumiałe lub wręcz mało interesujące, ale dla melomanów są prawdziwą perełką wśród pięknie „skomponowanej” prozy jaką stworzyła Agnieszka Lis.
(…) Tekla Bądarzewska- Baranowska swój najpopularniejszy utwór zapisała w tonacji Es-dur, czyli z trzema bemolami przy kluczu (be-es-as), w tempie andante z włoskiego to „idąc” i w metrum cztery czwarte (czyli każdy takt musi zawierać cztery ćwierćnuty lub też ich równowartość. (…)
Momentami autorka ubarwia swoją powieść staropolskim nazewnictwem co dodatkowo wpływa na dość oryginalny odbiór fabuły, ale całość jest napisana językiem współczesnym, odrobinę tylko stylizowanym co pozwala abyśmy my – żyjący w czasach innych niż Tekla – w czytelny sposób odebrali teks książki.
POLECAM tę książkę tym, którzy lubią biografie i powieści inspirowane biografiami, chociaż ta lektura biografią samą w sobie nie jest.
POLECAM tę powieść osobom kochającym muzykę klasyczną, bo w tej powieści pięknej muzyki jest sporo.
Dziękuję Autorce, że dzięki niej poznałam postać Tekli Bądarzewskiej- Baranowskiej i muszę wspomnieć, że oczywiście po przeczytaniu książki zaraz zaczęłam szukać w Internecie utworów tej kompozytorki i wysłuchanie nagrań na YouTube potraktowałam jako zwieńczenie powieści traktując to jak swoisty epilog fabuły.

A Wydawnictwu Filia dziękuję, że mogłam przeczytać tę książkę w ramach współpracy barterowej.
KRÓL TANGA – Sylwia Trojanowska
(…) Jego delikatny głos i tęskna nuta w tangach zostały dostrzeżone. Całkiem nieoczekiwanie zyskał też przydomek – król tanga. Dziennikarze, radiowcy, zwyczajni słuchacze zaczęli interesować się Millerem, puszczać jego płyty, szukać jego zdjęć. (…)

Sylwia Trojanowska urodziła się w 1974 roku. Razem z mężem i synem mieszka w Szczecinie. Jest niepoprawną optymistką, pasjonatką pozytywnego myślenia i cieszenia się każdą chwilą. Wielbicielka podróży dalekich i tych całkiem bliskich. Uwielbia góry, obcowanie z przyrodą, muzykę filmową i dobrą herbatę (w dużych ilościach!). Kiedy nie pisze, spełnia się jako trener biznesu i coach. W swoim dorobku pisarskim ma takie książki jak „Wigilijna przystań”, „A gdyby tak…”, trylogię, w skład której wchodzą „Sekrety i kłamstwa”, „Prawdy i tajemnice”, oraz „Powroty i wspomnienia”.
KRÓL TANGA to powieść inspirowana życiem jednego z wielkich i zapomnianych piosenkarzy powojennych.
PREMIERA KSIĄŻKI 20 MAJA 2026

Kiedy Tadeusz Miller przyjechał do Szczecina, był jednym z wielu, którzy na Ziemiach Zachodnich szukali nowego początku. Zwyczajny człowiek z niezwyczajnym talentem. Marzył o scenie i o tym, by jego głos coś znaczył. Ale był rok 1946. Wtedy marzenia ustępowały miejsca codziennej walce o chleb, o dach nad głową i wytchnieniu od wojennych wspomnień. Dzięki zdolnościom wokalnym, uporowi i odrobinie szczęścia Tadeusz Miller stał się gwiazdą radia i zaczął śpiewać dla tysięcy ludzi. Zyskał przydomek króla tanga. W tym wszystkim wspierała go największa miłość jego życia – żona Luna. To ona dodawała mu odwagi, gdy tracił wiarę. To ona stała za nim murem w chwilach próby. Tadeusz Miller zdobywał kolejne szczyty. Audycje, płyty, koncerty… Ale los postanowił z niego zakpić i odwrócić kartę. Kim był Tadeusz Miller i za co pokochały go setki słuchaczy? Do czyjego głosu porównywano głos piosenkarza?
Uwielbiam czytać biografie i chociaż ta książka nie jest typową lekturą biograficzną, to myślę, że autorka świetnie przedstawia w niej postać znanego niegdyś w Szczecinie i w całej powojennej Polsce piosenkarza, którego wielu słuchaczy myliło z Mieczysławem Foggiem.
Przyznam szczerze, że o istnieniu Tadeusza Millera wcześniej nie słyszałam, może dlatego, że zginął tragicznie zanim na dobre rozwinęła się jego kariera, ale z przyjemnością odnalazłam (głównie na YouTube) i wysłuchałam jego piosenek.

Sylwia Trojanowska posługując się swoją cudowną wyobraźnią wspartą notkami biograficznymi opisała kilka lat życia piosenkarza, który po zakończeniu wojny zamieszkał wraz z żoną w Szczecinie.
Na końcu książki dowiadujemy się co w fabule mogło być najbliższe faktom, a co jest jedynie wytworem wyobraźni autorki.
Bardzo zainteresowała mnie historia tego utalentowanego muzycznie – a szczególnie wokalnie – artysty i po przeczytaniu książki, aby dać upust własnej ciekawości zaczęłam szukać w internecie informacji na jego temat, przy okazji wysłuchując archiwalnych nagrań jego piosenek.
Myślę, że dużym plusem tej historii są świetnie wykreowane osobowości bohaterów, dzięki temu możemy sobie wyobrazić jakimi ludźmi byli Tadeusz i Luna.
Bardzo realistycznie ukazana rzeczywistość powojennego Szczecina, w którym lata po zakończeniu wojny zamieszkiwało jeszcze wielu Niemców i początki – często bardzo trudne – nowo budującego się życia na gruzach (dosłownie) miasta i wśród ludzi mocno przez wojnę poranionych to może nie dokument, ale historia, która z pewnością zainteresuje wielu czytelników preferujących dobrą literaturę.
Piękna miłość łącząca Tadeusza i Lunę miała i blaski, i cienie. Rodząca się popularność niosła ze sobą zarówno dumę i radość, ale i ogromną samotność, którą Luna rekompensowała sobie słuchaniem płyt i radia.
(…) Wiedziała, że dla męża nie liczyły się talerze, sztućce, woda w kranie. Dla niego liczyła się tylko muzyka. A w tym mieszkaniu, które miało stać się ich, muzyka już była. (…)

Życie, które mogło stać się piękną bajką, spełnieniem marzeń i wielką radością zostało brutalnie przerwane przez kogoś, kto zapewne nigdy nie potrafił docenić jego wartości.
Książki Sylwii Trojanowskiej niosą ogromne ładunki emocji i tak też jest z tą lekturą. Tutaj uśmiech przeplata się ze wzruszeniem, ale bardzo się cieszę, że autorka zdecydowała się na napisanie tej książki, bo z pewnością wielu osobom przybliży ona postać nieco zapomnianego artysty.
Czy gdyby Tadeusz Miller żył, byłby tak wielkim piosenkarzem jak Mieczysław Fogg? A może byłby bardziej znany?
(…) Od dziecka z łatwością odtwarzał zasłyszane melodie, do tekstów miał niebywałą pamięć, a kiedy śpiewał, porzucał nieśmiałość, której wielu mu zazdrościło. Każdy utwór wykonywał z lekkością, której wielu mu zazdrościło. (…)
Ta książka to historia napisana lekkim „piórem”, ale nie jest to książka lekka, łatwa i przyjemna, chociaż czytałam ją z wyjątkową płynnością i zainteresowaniem.
POLECAM ją szczególnie osobom kochającym muzykę, myślę, że wielu z Was po przeczytaniu tej powieści będzie próbowało tak jak ja wysłuchać piosenek z repertuaru tego piosenkarza.
POLECAM tę książkę również tym, którzy lubią sięgać po biografie i chociaż tak jak wspomniałam wcześniej nie jest to typowa lektura tego gatunku, to myślę, że usatysfakcjonuje wielu.
POLECAM tę książkę tym, którzy lubią romanse, bo życie Tadeusza i Luny było romansem o jakim zapewne marzy niejedna pani.

Dziękuję Autorce za tę piękną historię, a Wydawnictwo Marginesy za możliwość przeczytania jej w ramach współpracy barterowej.
ORGANISTA Z MARTWEJ WSI – Danuta Chlupowa

Danuta Chlupová jest
Polką, lecz od urodzenia mieszka w Czechach. Jej małą ojczyzną jest Zaolzie –
część Śląska Cieszyńskiego, która przed blisko stu laty została włączona do
ówczesnej Czechosłowacji.
Z
wykształcenia ekonomistka, z zawodu i zamiłowania dziennikarka, mieszka z
rodziną w spokojnym miejscu pod lasem, w którym w czasie wojny rozegrały się
dramatyczne wydarzenia. Laureatka Konkursu Literacki Debiut Roku 2017 za
powieść „Blizna”.
Organista z martwej wsi to dramat polityczno-psychologiczno-obyczajowy, którego fabuła rozmieszczona została na przełomie wielu lat w Zaolziu, karwińskim zagłębiu węglowym.
RECENZJA P R Z E D P R E M I E R O W A
PREMIERA KSIĄŻKI 25 LISTOPADA 2020

stron 324
Są lata pięćdziesiąte. Teodor jest wiejskim organistą i nauczycielem w szkole na Zaolziu. Jest szczęśliwym mężem i ojcem kilkuletniego, również jak on uzdolnionego muzycznie syna. Jego najlepszy przyjaciel coraz częściej zagląda do kieliszka, co dość brutalnie odbija się na jego żonie. Teodor stara się pomóc przyjaciółce jak może, niestety jest to źle postrzegane przez jej męża. Kiedy podczas szamotaniny przypadkowo przyjaciel Teodora spada ze schodów ginąc na miejscu, władze komunistyczne przekształcają ten nieszczęśliwy wypadek w zabójstwo z premedytacją na tle politycznym i Teodor trafia na długie lata do więzienia. Życie wiejskiego organisty rozpada się na milion kawałków. Po wyjściu z więzienia mężczyzna nie potrafi odnaleźć się w nowej rzeczywistości, ale na szczęście jest muzyka, która pomaga mu przetrwać. Kiedy spotyka pewnego dnia autystycznego chłopca, coś w życiu Teodora zaczyna się zmieniać. Czy kontakt z uzdolnionym muzycznie chłopcem pozytywnie wpłynie na Teodora i jego stosunki z najbliższymi – żoną i synem? Czy wyjdzie na jaw prawda dotycząca nieszczęśliwego wypadku mającego miejsce dawno temu? Czy wdowa po zmarłym przyjacielu Teodora kiedyś wybaczy mu to, że z jego ręki zginął jej mąż? Jak potoczą się losy dzieci zwaśnionych rodziców?
Kiedy wzięłam do ręki te książkę, nie myślałam, że wzbudzi ona we mnie takie emocje. Lata powojenne znam jedynie z opowiadań, ale polityka i prawda dotycząca zakłamania politycznego, w moim domu były na porządku dziennym.
Co mnie przyciągnęło od samego początku, to muzyka, której jest w tej powieści sporo i która została przez autorkę „pokazana” tak, że momentami można było ją usłyszeć, gdy pozwalała na to wyobraźnia, oczywiście.
(…) Improwizował. Wyciskał z instrumentu burzę dźwięków. Muzyka przybierała na sile. Po raz kolejny przetwarzał na tony emocje, z którymi nie umiał sobie poradzić. (…)

W tej powieści autorka bardzo wyraźnie przedstawia zakłamaną propagandę polityki ukazując ziejących nienawiścią ludzi do tych, którzy odważyli się mieć inne poglądy. Pokazuje jak zwalczany był przez komunistów kościół i ludzie wierzący wówczas w Boga. Autorka przybliża czytelnikowi zmiany jakie dokonywały się zarówno w Polsce jak i w Czechosłowacji zwłaszcza przemiany polityczne na przełomie lat 1953 – 1970, zabierając czytelników do Zaolzia, karwińskiego zagłębia węglowego.
Czytając opowieść znanego muzyka (syna Teodora) czytelnik przenosi się w miejscach i w czasie. Raz jest w roku 2018, czy 2019 w Krakowie, by następnie przenieść się do miejscowości Dwory i roku 1953, lub do więzienia w Valdicach i roku 1954. Takie przeskoki czasowe, dają możliwość spojrzenia na pewne wydarzenia zarówno polityczne jak i życiowe dotyczące bohaterów, z różnych punktów widzenia.
Autorka porusza w swojej powieści wiele trudnych i bolesnych zarazem tematów. Pokazuje na przykładzie dwóch różnych wiekowo osób, samotność dzieci. Jedno z nich pozbawione jest fizycznej obecności rodzica, który przebywa w więzieniu, a drugie pozbawione jest uczuciowej obecności swojego rodzica zbyt często sięgającego po alkohol.
(…) Sabiną wstrząsnął deszcz – nie tylko dlatego, że wiatr wdzierał się pod jej niezbyt ciepłą kurtkę. To była scena jak z thrillera: syn zabójcy i córka ofiary razem pochylali się nad grobami swoich ojców. Wyglądali przy tym tak krucho, tak bezbronnie, że dziewczynie łzy napłynęły do oczu. (…)

Widzimy jednak tutaj również jak wielką siłę potrafi dać muzyka. Na przykładzie ojca i syna, a później również chłopca zmagającego się z autyzmem, możemy dostrzec jak wielką moc ma muzyka, w której człowiek może zatracić się mimo bólu, samotności, złości czy tęsknoty.
Spoglądając przez pryzmat powieści i historii ludzi w niej przedstawionych, na tradycyjny obraz polskiej rodziny, mamy okazję przekonać się jak silna potrafi być miłość i wiara w drugiego człowieka. Tu mam na myśli zwłaszcza żonę Teodora, człowieka zdradzonego przez przyjaciół, upokorzonego przez ustrój polityczny i oszukanego przez własne sumienie. Człowieka, dla którego odpowiedzialność za kogoś obcego zaczynała mieszać się z głębszym uczuciem.
Bardzo ciekawie ukazany jest w powieści obraz autystycznego chłopca zmagającego się z zespołem Aspergera. Obraz zarówno jego samego, jak i opiekującej się nim matki, która w obliczu braku fachowej diagnostyki lekarskiej musi borykać się z ciężarem umysłu własnego syna. Gdyby wtedy, w tamtych latach, dziecko zostało zdiagnozowane, z pewnością uniknęłoby wielu przykrości ze strony innych ludzi. Chociaż, wydaje mi się, że nawet dzisiaj wielu ludzi nie potrafi odnieść się do tego tak jak powinno, chociaż coraz więcej mówi się o spektrum autyzmu zarówno w mediach jak i w różnych środowiskach.
Czasami jakieś jedno zdarzenie, jakiś jeden impuls, może zmienić życie wielu ludzi. Człowiek staje się narzędziem w rękach własnego sumienia, systemu, innych ludzi, czy losu, który z niego zadrwi tak jak zadrwił z bohatera tej książki, człowieka zdradzonego przez przyjaciół, upokorzonego przez ustrój polityczny i oszukanego przez swoje sumienie. Człowieka dla którego odpowiedzialność za kogoś obcego zaczynała mieszać się z głębszym, niezrozumiałym nawet dla niego uczuciem.
(…) W ustach dziewczyny wzmianka o więzieniu zabrzmiała tak naturalnie, że Teodor wcale nie czuł zażenowania. Pomyślał, że czasem jeden uśmiech, spotkanie z jedną przyjazną osobą, mogą czynić cuda. Dzień, który rozpoczął się od konfrontacji z gorzką prawdą, nagle się rozjaśnił. (…)
Organista z martwej wsi to powieść w powieści. Mamy tutaj bowiem wątek współczesny jak i wątek dotyczący przeszłości. Narracja przenosi czytelnika w różne miejsca i do różnych osób. I chociaż nie wszystkie wątki łączą się w całość, to całkiem dobrze się wzajemnie uzupełniają.
Polecam tę pełną muzyki i empatii powieść zmuszającą do refleksji, opowieść o zwykłym/niezwykłym człowieku który dla dobra innych, obcych mu ludzi, potrafił poświęcić siebie i swoją rodzinę, zbliżając się do obcych odsuwał się od najbliższych.
Polecam tę powieść gorąco, zarówno osobom które młodość mają już dawno za sobą, jak i bardzo młodym czytelnikom, którzy będą mieli okazję poznać kawał dobrej powojennej historii. Mnie przeczytanie tej książki zajęło dwa dni, a to chyba świadczy zdecydowanie na plus.
Ciekawi osobowościowo bohaterowie, wciągające dialogi i historia komunizmu o jakiej długo nie wolno było mówić. A przy tym wszechobecna muzyka, która jest wprawdzie tylko dodatkiem do fabuły, ale jakże ważnym dodatkiem.
To jest opowieść o samotności i o miłości. O walce ze sobą i z ludźmi.
Polecam tę pełną muzyki i empatii powieść zmuszającą do refleksji, opowieść o zwykłym/niezwykłym człowieku który dla dobra innych, obcych mu ludzi, potrafił poświęcić siebie i swoich najbliższych.
To nie jest książka lekka, łatwa i przyjemna, chociaż czyta się ją szybko i trudno oderwać się od jej stron. Z całą pewnością jest to lektura z tych, które na długo pozostają w głowie czytającego.

Dziękuję Autorce i wydawnictwu Novae Res za możliwość przeczytania tej powieści jeszcze przed premierą. Myślę, że fabuła tej książki długo zostanie w mojej pamięci.
TYSIĄC NOCY BEZ CIEBIE – Federico Moccia
Federico Moccia urodził się w 1963 roku w Rzymie. Jest włoskim pisarzem, scenarzystą, a także reżyserem filmowym. Zadebiutował w 1982 roku jako asystent reżysera przy realizacji Attila flagello di Dio. W roku 1987 spróbował pierwszy raz samemu, reżyserując Palla al centro. Film ten nie został zauważony. Dwa lata później był już zarówno reżyserem jak i autorem scenariusza do projektu College. Serial ten, w którym wystąpiła m.in. miss Italii Federica Moro spotkał się z dobrym przyjęciem. Przez długie lata Moccia współpracował przy produkcji programów telewizyjnych Jako pisarz zadebiutował w roku 1992, a jego pierwsza powieść to Tre metri sopra il cielo. Nie była to łatwa droga dla pisarza, najpierw znalazł się w tarapatach, nie mogąc znaleźć żadnego domu wydawniczego, który zgodziłby się zainwestować w jej wydanie. Za własne pieniądze udało mu się sfinalizować projekt wydawniczy w mało znanym wydawnictwie Il Ventaglio. Książka ukazała się w niewielkim nakładzie, ale powieść okazała się sukcesem.
Tysiąc nocy bez ciebie to współczesny romans, którego fabuła umiejscowiona została w Rosji, w Rzymie i wielu innych miejscach świata.
PREMIERA KSIĄŻKI 03 CZERWCA 2020

stron 415
Sofia jest światowej sławy pianistką, szczęśliwą mężatką i piękną kobietą. Kiedy jej mąż ulega wypadkowi i zostaje sparaliżowany od pasa w dół, czule i uczciwie się nim zajmuje. Ale pewnego dnia jej życie zostaje wywrócone do góry nogami, a ona sama spędza pięć dni na wyspie z przystojnym Tancredim – milionerem. Po tym krótkim czasie jej życie staje się wielkim chaosem. Nie postrzega siebie jako pięknej zdolnej pianistki, ucieka wciąż od przeszłości, a w małżeństwie czuje się samotna. Postanawia wyjechać i na kilka miesięcy przenosi się do Rosji, do swojej przyjaciółki i nauczycielki. Po jakimś czasie wraca jednak do męża, ale to małżeństwo nie jest już tym sprzed wypadku, chociaż Andrea odzyskał prawie całkowicie czucie w nogach i znów jest przystojnym mężczyzną, czułym mężem. Kiedy Sofia odkrywa pewien sekret, i dowiaduje się jak bardzo mąż ją oszukał znów opuszcza go wyruszając tym razem na światowe tournée, które pomogła zorganizować jej była nauczycielka Olga. Tymczasem zakochany do szaleństwa Tancredi podąża jej śladem licząc na ponowne spotkanie. Czy uda się milionerowi ponownie zawładnąć sercem i ciałem pięknej pianistki? Co takiego wydarzyło się w życiu męża Sofii podczas kilkumiesięcznej jej nieobecności? Czy Tancredi spełni marzenie swojego życia?
(…) Życie nie jest równaniem matematycznym i kiedy traktuje się je w ten sposób, miesza nam szyki i na końcu nic się nie zgadza. (…) Powierzam się przeznaczeniu, licząc że szykuje dla nas szczęśliwe zakończenie. (…)
Ta książka to moje pierwsze spotkanie z włoskim autorem, który jest podobno rozchwytywanym i bardzo poczytnym nie tylko we Włoszech ale na całym świecie. Nie wiem, że zapełnię biblioteczki jego książkami, ponieważ nie przepadam za narracją w pierwszej osobie czasu teraźniejszego. Brzmi ona dla mnie trochę sztywno i sztucznie i potrafi być niezłą udręką czytającego, nawet gdy fabuła jest wciągająca.
Z tego co się zorientowałam w trakcie czytania, a potem potwierdziły to słowa autora na końcu książki, jest to kontynuacja losów pięknej pianistki.
(…) Gdy podróżowałem po całym świecie, wiele osób prosiło mnie, bym opowiedział dalsze losy Sofii, więc koniec końców, to zrobiłem, ale tylko dlatego, że nadeszła odpowiednia chwila. (…)
Prawie cały czas treści towarzyszy muzyka, jest jej tak wiele, że nie ma wątpliwości, że autor na muzyce się zna, bo włożył spory kawał pracy w to, aby wstawiane utwory nie tylko zaciekawiły wyrafinowaną czytelniczkę/czytelnika, ale żeby zabrzmiały w jej/jego wyobraźni. Myślę jednak, że nie wszyscy czytelnicy będą potrafili to docenić. Bo muzykę trzeba kochać, żeby ją zrozumieć.
(…) Chodzi po mieszkaniu i w końcu, by zabić czas oczekiwania, siada do fortepianu i zaczyna grać Gymnopedie nr 1 Erika Satie. (…)
W tle fabuły głównej tli się jakiś sekret, który rozbudza ciekawość i powoduje, że życie głównej bohaterki staje się zagadkowe i tajemnicze.
(…) Ale nie dowiesz się tego ode mnie. Być może nie dowiesz się tego nigdy, jak mówi Savini, ale to nieważne, trudno. Jeżeli coś ma się wydarzyć, nie chcę, żeby to było spowodowane moimi działaniami i decyzjami. (…)

I chociaż sama fabuła jest dość ciekawa, to dla mnie bohaterowie tej książki byli zbyt irytujący. Sporą część tego co dzieje się na kartach książki jest jedzenie. Bohaterowie ciągle bywają w jakiś restauracjach, a autor ze szczegółami opisuje nie tylko nazwy potraw, ale ich kolory, konsystencje i samki. Przy tym piją ogromne ilości wina. Może to i jest „bardzo włoskie”, ale myślę, że dla przeciętnego polskiego czytelnika może być mało rzeczywiste.
Moim zdaniem autor jest taką męską, włoską wersją Danielle Stell i zdecydowanie większość osób czytających jego książki to kobiety, które marzą o tym, o czym on pisze.
Ale można marzyć o wielkiej, pięknej miłości, bogactwie które jest tak niebagatelne, że trudno to sobie wyobrazić, o urodzie zapierającej dech w piersiach, o wielkiej sławie, ale… kiedy to wszystko jest wyolbrzymione i przesłodzone, to wydaje się bardzo nierzeczywiste. Ale i bajki są nam potrzebne dla relaksu.
Być może sporo czytelniczek pokochało Sofię, mnie ona jednak nie przypadła do gustu. Nie lubię kobiet skupiających się na sobie, na szczęście w końcówce książki poznajemy jej filantropijną i empatyczną stronę. I chociaż starałam się ze wszystkich sił polubić ją tak jak uwielbiali ją wszyscy wokół, to ciągle czułam wobec niej jakieś zahamowania.
Jako miłośniczka muzyki muszę przyznać, że bardzo podobały mi się wątki muzyczne, i chociaż nie wszystkie wymienione w powieści utwory znam, to ta muzyka dosłownie brzmiała mi w uszach przez cały czas czytania.
Moim zdaniem, autor bardzo starał się wejść również w psychikę kobiety, a z pewnością dogłębne poznanie psychiki takiej osoby jak Sofia, kobiety świadomej swojej urody, swojego talentu i swojego bogactwa nie było łatwe, czy mu się to udało? To już może ocenić tylko ten, kto sięgnie po tę powieść osobiście.
Zrelaksowała mnie ta książka, chociaż autor porusza w swojej powieści kilka trudnych tematów, jak zdrada małżeńska, choroba czy niespełniona miłość.
Polecam tę lekturę szczególnie paniom lubiącym lekkie, łatwe i przyjemne romanse. Chociaż przypuszczam, że autor ten ma rzesze swoich wiernych czytelniczek. Z pewnością kiedyś sięgnę jeszcze po jakąś książkę tego autora, chociażby po to, aby przekonać się, czy wszystkie jego powieści są w podobnym stylu.

Dziękuję wydawnictwu MUZA.SA za propozycję przeczytania tej książki i poznanie autora który na kilka dni przeniósł mnie do świata o jakim nawet nie odważę się marzyć.
UWIĘZIENI W RAJU – Xsavier Güell
Xavier Güell urodził się w 1956 roku w Barcelonie. Uczył się w szkołach muzycznych w Barcelonie i Madrycie. Wyjątkowo uzdolniony muzycznie już w wielu 17 lat zadebiutował jako dyrygent z madrycką orkiestrą symfoniczną i Montserrat Caballe. Studiował we Włoszech, Niemczech i Stanach Zjednoczonych. Po powrocie do Barcelony założył orkiestrę. W 2015 roku zadebiutował jako pisarz i wydał powieść „La musica de la memoria”, a dwa lata później ukazała się jego książka „Uwięzieni w raju”. Pisanie zaczęło mu dawać tyle samo przyjemności co muzyka, mamy więc nadzieję, że wkrótce pojawią się jego kolejne książki.
Uwięzieni w raju to dramat wojenny z nutką romansu.

stron 352
Hans Krasa, czeski kompozytor i dyrygent pochodzenia żydowskiego, zostaje aresztowany i wywieziony do obozu koncentracyjnego Theresienstadt. Razem z nim trafiają tam również inni muzycy, śpiewacy i kompozytorzy, tacy jak Gideon Klein, Pavel Hass czy Viktor Ullmann. Naziści chcą uczynić z tego miejsca obóz wzorcowy, by pokazać światu, że Żydzi nie są mordowani, i pozwala im się prowadzić życie kulturalne na wysokim poziomie. Hans Krasa i pozostali muzycy wiedzą, że prędzej czy później trafią do Auschwitz, ale podejmują ryzykowną grę z nazistami, a muzyka staje się jedynym sposobem na uniknięcie transportu do obozu śmierci i jest jednocześnie wzmocnieniem więzi między sobą. Czy uda im się muzyką pokonać strach? Czy uda im się wyjść cało z tego piekła jakim jest obóz?
Autor przenosi czytelnika z jednej skrajności w drugą, przeplatając fabułę obozu koncentracyjnego, z zupełnie innym miejscem – centrum Berlina i luksusu ociekającego szampanem, kawiorem i wykwintnymi daniami.
I chociaż jest to książka poświęcona ofiarom nazizmu, to w wątek obozowy został wpleciony romans, związek uczuciowy jaki połączył Elizabeth, żonę komendanta obozu z jednym z więźniów. Ale zanim rozwinął się ten romans, autor trochę szokuje czytelników innym związkiem, czysto erotycznym, w który uwikłana jest wspomniana wcześniej Elizabeth z doktorem Mengele. Związkiem opierającym się na erotyzmie podbudowywanym nutą fałszywego romantyzmu, w którym może czytelnik natrafić na odważne sceny erotyczne budzące wręcz niesmak i całkowicie pozbawione piękna.
MUZYKA DAJE NADZIEJĘ NAWET W PIEKLE
Ale chciałabym się skupić na tej piękniejszej stronie fabuły i muszę przyznać, że autor w tej obozowej rzeczywistości wprowadza czytelnika również w świat muzyki. Fachowo i bardzo precyzyjnie pokazując role poszczególnych instrumentów.
Myślę, że lektura ta jest ciekawym kąskiem dla miłośników muzyki klasycznej, dla opery. Autor bowiem z precyzją godną wyrafinowanemu melomanowi wprowadza czytelnika w świat muzyki, nie szczędząc przy tym fachowych określeń. Wydaje mi się jednak, że wielu czytelników nie mających pojęcia o muzyce poważnej, bądź nie przepadających za taką muzyką, będzie odczuwało znudzenie w tych wątkach fabuły, które odnoszą się właśnie do szczegółowych opisów utworów, koncertów czy opery. A tych w tej książce nie brakuje.
(…) – Fritz, nadal słyszę tam lekki akcent. A ty, Elmerze, zwróć uwagę na „g” z taktów ósmego i dziesiątego, muszą być krótsze. Począwszy od taktu jedenastego, instrumenty strunowe, flet oraz klarnet zaczynają acceleranto, które trwa aż do wejścia trąbki, po czym wracamy do tempo primo walca. (…)
Czytamy w tej książce o złudnym wywożeniu bogatych Żydów, którym w zamian za pozostawienie swoich dóbr obiecano piękny pobyt w miłym sanatorium. Niemcy do samego końca mydlili im oczy, wiedząc jaki jest dla nich przeznaczony los. A oni, Żydzi, ufali nazistom do końca. Czy to może była ironia, że pewni swej pozycji społecznej zaufali tak groźnemu wrogowi?
(…) – Pamiętam swój pierwszy dzień tutaj. Przyjechałem ze sporą grupą dobrze sytuowanych starców, w wagonie drugiej klasy z wyściełanymi siedzeniami. Omamiła ich nazistowska propaganda. Obiecano im podróż do „Sanatorium Theresienstadt” położonego w sercu urokliwych Czech i Moraw, gdzie mieli znaleźć ośrodek dla osób starszych – z wykwalifikowaną opieką medyczną, dobrym wyżywieniem, wygodnymi łóżkami i spokojem sprzyjającym odpoczynkowi. Myśląc, że uchronią się przed deportacjami na wschód, ci bogaci Żydzi oddali wszystkie swoje dobra na rzecz wydziału do spraw emigracji (…) przywieźli ze sobą suknie balowe, fraki, cylindry i parasole, ale żadnemu nie przyszło do głowy wziąć płaszcz, koc czy prowiant. (…)
Ta książka tętni muzyką, szokuje opisami życia obozowego i trzyma w napięciu czekając na finał ryzykownego romansu Niemki do żydowskiego więźnia. Nie mogę powiedzieć, że jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna, bo jest to lektura dla wyrafinowanego czytelnika. Ktoś, kto lubi książki lżejsze, pozbawione takiej powagi sytuacji, czy ciepłe książki obyczajowe, nie powinien sięgać po tę, bo to nie jest łatwa w odbiorze powieść.

Ale jest to książka nie tyle o cierpieniu i sposobach na przezwyciężenie go, co jest ona hołdem złożonym muzyce. Smutny chociaż piękny romans wpleciony w fabułę to historia o miłości jaką przeżyć można nawet w najgorszych miejscach, i przeżyć tak głęboko jakby nie było jutra.
To również książka o solidarności i przyjaźni, o walce nie tylko o siebie ale o innych.
Tę smutną opowieść przepełnioną piękną muzyką, polecam tym, którzy potrafią przenieść się w miejsca trudne, bolesne a zarazem tętniące nadzieją. Myślę, że kiedyś jeszcze do niej wrócę.
(…) To wspaniałe, jak istoty ludzkie, które na wolności żyły zamknięte w swoim egoizmie i bylejakości, zmieniają się pod wpływem cierpienia i zaczynają czuć miłość. I nie chodzi tu tylko o miłość rodzicielską, braterską czy małżeńską, ale o taką, którą odczuwają wszyscy do wszystkich. (…)






